piątek, 23 czerwca 2017

Paryż nie śpi...


W roku 1961 dąbrowska kopalnia węgla kamiennego zatrudniała ponad 6 tysięcy osób i była jednym z najważniejszych zakładów pracy w regionie. Kiedy ostatecznie ją zamknięto 31 grudnia 1996 roku, zakończyła się historia górnictwa w  Dąbrowie Górniczej. Historia, którą zapoczątkowało otwarcie kopalni „Reden” w roku 1796. Tym samym dwieście lat naszej lokalnej historii, tradycji, tożsamości straciło odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ta kopalnia nazywała się „Paryż”. Jakże inspirujące miejsce, co za nazwa! A skoro przed nami wakacje, proponuję przenieść się do stolicy Francji. Od razu zapowiadam pointę, a niecierpliwych zapraszam do przeczytania ostatniego akapitu poniższego tekstu.

Paryż jest szary, Dąbrowa kolorowa.
Panorama Paryża ze stojącej na szczycie wzgórza Montmartre bazyliki Sacré-Cœur (Najświętszego Serca) zachwyca. Widać stąd całe miasto, z jego odwieczną historią, od prapoczątków, przez epokę żelaza, celtyckie plemię Paryzjów, okres panowania Rzymian, Merowingów, Karolingów, Kapetyngów i innych francuskich monarchii, i  od Wielkiej Rewolucji Francuskiej, czasów cesarstwa, belle époque aż po współczesność. Pod nami morze: kościołów, gmachów, pałaców, współczesnych bloków i słynna żeliwna wieża. Wszystko, z wyjątkiem centrum sztuki współczesnej, w tych samych kolorach: szarym, beżowym, białym, gdzieniegdzie cegła. Nie do wiary! Jakieś, co najmniej, tysiąc pięćset lat trwałej, konsekwentnej zabudowy i nikt nie wpadł na pomysł, by odmalować sobie kamienicę w wesoły różowy albo pstrokaty zielony. A najważniejsze, że ludziom się to podoba, po to ciągną tu turyści z całego świata – zobaczyć Paryż, a w jego panoramie wyraźne zielone połacie – parki i bulwary.

Parki są dla ludzi, nie dla samochodów.
We francuskiej stolicy jest ponad 400 parków, ogrodów i innych terenów zielonych – od geometrycznych, założonych w  XVII wieku, po postmodernistyczny ogród Andre Citroëna na skraju XV dzielnicy. Tylko w ciągu ostatnich 20 lat w mieście powstało ponad 100 hektarów terenów zielonych. Najważniejsze jednak, że wszystkie są ogólnodostępne, przyjazne (większość alejek i placów ma naturalną nawierzchnię) i w szczególny sposób chronione. Nie przed ludźmi (dawno już z paryskich parków zniknęły tabliczki z napisem „Zakaz wchodzenia na trawę”), ale przed budowlańcami i samochodami. Publiczne przestrzenie parków, skwerów i bulwarów, raz wytyczone, nie ulegają zabudowie, a dostęp do nich własnym samochodem jest niemożliwy. Tymczasem w Dąbrowie Górniczej największe parkingi śródmieścia wytyczono dokładnie w parku. Co więcej, pojawiły się głosy, by te parkingi powiększyć, bo przecież mamy coraz więcej samochodów. Spacerowicze? A niech się przeciskają po asfalcie pomiędzy naszymi lśniącymi dieselami – odpowiadają dąbrowscy miłośnicy parkowania w parkach. A wracając do Paryża, zaparkowanie samochodu w tym mieście to coś z gatunku mission impossible. Dlatego ja zdecydowanie polecam rowery, które można wypożyczyć i oddać niemal na każdym rogu.

Rower jest szybki, samochód stoi w korku.
Miasto nad Sekwaną usiane jest siecią systemów wypożyczalni rowerów (Vélib) i  samochodów elektrycznych (Autolib). Te pierwsze oddalone są od siebie o około 300 metrów, a specjalna aplikacja pozwala na ich szybkie namierzenie i łatwe wypożyczenie. Dzięki aplikacji, mapom i tablicom informacyjnym dowiemy się także, gdzie nasz wyposażony w przerzutki, oświetlony i wygodny rower można zostawić. Do dyspozycji paryżan i turystów oddano prawie 24 tysięcy takich pojazdów dostępnych przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu. I co najważniejsze – cena! Za jeden dzień zapłacimy 1,70 Euro, za tydzień 8 Euro. To najtańszy sposób podróżowania po Paryżu. I jeden z najszybszych. Sieć paryskich dróg i  ścieżek rowerowych wymaga rozbudowy, ale i tak po kilku dniach korzystania z roweru systemu Vélib z coraz większą satysfakcją mija się stojące w korkach samochody. A Paryż to jest rozległe miasto, wyliczyłem, że z Placu Bastylii lub spod Katedry Notre-Dame pod Wieżę Eiffla trzeba przejechać ok. 10 kilometrów. To mniej więcej dystans równy temu od skrzyżowania alei Róż z ul. Królowej Jadwigi w centrum Dąbrowy Górniczej do zamku w Będzinie, i z powrotem. W ten sposób można dwukrotnie przejechać obok byłej kopalni „Paryż” – niemal 50 hektarów zdegradowanego obszaru.

Jak obudzić „Paryż”? – takie pytanie kilka lat temu postawili sobie architekci, urbaniści oraz studenci uczelni technicznych i ekonomicznych z całej Polski w trakcie warsztatów charette Grand Paris poświęconych rewitalizacji dąbrowskiej kopalni. Ich efektem jest wydawnictwo, które niedawno wpadło mi w ręce. Nazywa się „Paryż nie śpi”. Owszem, nie śpi – byłem tam, zobaczyłem, odpocząłem na trawie, przejechałem rowerem. Polecam do zastosowania w... Dąbrowie Górniczej – toutes proportions gardées.

piątek, 19 maja 2017

Jak Bogoty pragnę

Na progu XXI wieku kolumbijska stolica uchodziła za piekło na ziemi. Z charakterystycznym dla południowoamerykańskich miast rozwarstwieniem społecznym objawiającym się w postaci strzeżonych enklaw luksusu i chaotycznych dzielnic nędzy, stłamszona przez nadmierny ruch samochodowy, zanieczyszczenie środowiska, była skazana na klęskę. Spory dotyczyły tylko tego, jak szybko nastąpi ostateczny upadek Bogoty (trzy czwarte mieszkańców twierdziło, że będzie im się żyło już tylko gorzej). Jednak pojawili się ludzie, bo było ich dwóch, choć w tym miejscu skupię się tylko na jednym z nich, którzy odwrócili bieg rzeczy. Na nowo ukształtowali wielkomiejskie życie i sprawili, że południowoamerykańskie miasto społecznych kontrastów i występku stało się źródłem zmian, z wielką uwagą obserwowanych i opisywanych przez socjologów i urbanistów na całym świecie.

Enrique Peñalosa, gdy w  roku 1997 ubiegał się o fotel burmistrza, przekonywał, że szczęście i pomyślność mieszkańców Bogoty nie wynikają wprost z poziomu dochodu na głowę, bo gdyby tak było, musieliby pogodzić się z tym, że są społecznością o drugo, a nawet trzeciorzędnym znaczeniu, czyli uznać, że stanowią jedynie bandę nieudaczników. Dlatego Peñalosa nie obiecywał mieszkańcom samochodu w każdym garażu czy jakiejś socjalistycznej rewolucji. Nie tędy droga – powtarzał. Jego obietnica była prosta – obiecał sprawić, że mieszkańcy prawie 9-milionowego miasta w Andach poczują się szczęśliwsi *.

W tym miejscu zaczyna się historia „burmistrza od szczęścia”, którego pierwszym i najbardziej pamiętnym posunięciem było wypowiedzenie wojny, nie przestępczości, narkotykom czy nędzy, tylko prywatnym samochodom. Uniemożliwił dojeżdżanie kierowcom do pracy częściej niż trzy razy w tygodniu, po czym odrzucił plan rozwoju autostrad, przeznaczając środki budżetowe na setki kilometrów ścieżek rowerowych, nowe parki i skwery (stworzono sieć sześciuset tego rodzaju obiektów, od niewielkich osiedlowych plam zieleni, po śródmiejski park o  powierzchni większej od nowojorskiego Central Parku) oraz sieć bibliotek, szkół i żłobków. Przede wszystkim jednak Peñalosa wywrócił do góry nogami doświadczenie podróżowania transportem publicznym. Jego TransMilenio, nowoczesne, wygodne autobusy, zajęły najdogodniejsze przestrzenie na arteriach kolumbijskiej stolicy, pozostawiając prywatnym samochodom i taksówkom jedynie ochłapy jezdni, o które mogą ze sobą zaciekle walczyć. Nakazał przy tym usunięcie tysięcy szpecących miasto bilbordów, zlikwidował płoty, jakimi mieszkańcy poodgradzali osiedlowe skwery i wypowiedział wojnę każdemu, kto usiłował przywłaszczyć sobie przestrzeń publiczną. Ten śmiały plan przysporzył mu na początku wielu wrogów. Właściwie – samych wrogów. Zapamiętano jednak, co burmistrz powiedział w  trakcie swego inauguracyjnego przemówienia, że tylko takie miasto, które szanuje istoty ludzkie, może oczekiwać, że jego obywatele również będą okazywać mu szacunek. Obiecał przy tym niejako wbudować ten szacunek w tkankę Bogoty, używając do tego betonu, stali, roślinności i trawników. W efekcie, jak wykazują późniejsze badania, Bogota stała się miastem cenionym przez mieszkańców, nie ze względu na równość dochodów (to utopia, niemożliwa do realizacji), ale na równość pod względem jakości życia, a ponadto takie środowisko, w którym nikt nie czuje się gorszy ani wykluczony.

A co to ma wspólnego z nami? Otóż stawiam tezę, że Dąbrowa Górnicza jest miastem uzależnionym od samochodów. W takim mieście, mniej więcej co trzeci mieszkaniec skazany jest na łaskę i  niełaskę archaicznej komunikacji publicznej lub kogoś, kto musi go wszędzie podwozić. Oczywistymi ofiarami tego stanu rzeczy są dzieci uwięzione w domach, pozbawione możliwości chodzenia piechotą do szkoły i swobodnego spotykania się z przyjaciółmi w przyjaznej przestrzeni miejskiej. Jeszcze gorzej mają osoby starsze, które same nie prowadzą samochodów. W rezultacie rzadziej wybierają się do lekarza czy na spotkania towarzyskie. Po prostu tkwią w domach. A jeśli do tego dodamy, że ubywa parków, skwerów, a przy ulicach rośnie coraz mniej drzew, bo samochody muszą przecież gdzieś zaparkować, zauważymy, jak wiele jest do zrobienia. Jak mówi Peñalosa – wasze ulice nie są dla wszystkich, dopóki nie możecie sobie wyobrazić poruszającego się nimi swobodnie ośmio lub osiemdziesięciolatka. Dąbrowianie, możecie to sobie wyobrazić?

* Zob. Charles Montgomery, Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta, Kraków 2015

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Refleksje człowieka spacerującego

Plac świecił pustkami, wiało z południa, drażniąc nozdrza wonią psich odchodów, słońce skrywały ołowiane chmury, huczały samochody, zgrzytały tramwaje, ludzie chowali się za przystankowe wiaty pooblepiane brudnymi plakatami. Nie zapowiadało się dobrze, ale ruszyliśmy w stronę parku Hallera, na pierwszy tegoroczny spacer badawczy – nowe śródmieście, nowe parki, nowe miasto obmyślać. Była połowa marca 2017 roku, a mnie dopadło deja vu, myśl nieznośna, że ja to już widziałem, ba – gdzieś nawet o tym napisałem. I przypomniał mi się tekst sprzed dziesięciu lat, w którym dałem opis ówczesnego centrum Dąbrowy Górniczej. Dziś przywołuję go w skróconej wersji i nieco poprawiony, by nie razić nadmierną dosadnością:

„Proszę stanąć w  centrum, na przystanku w kierunku Gołonoga, tyłem do Pałacu Kultury. A  teraz lecimy: od lewej widać dwa niebieskie przenośne kible przy postoju taksówek, dalej w  prawo i mijamy trzy tablice reklamowe skutecznie zasłaniające park, tuż za nimi „kosmiczny” dekiel z piwem, obok jaskrawoczerwona buda z fast foodem, w głębi blaszane pudła z przeróżnym dziadostwem (plastikowe kwiaty, znicze, szmaty), i wreszcie on – DOM HANDLOWY CENTRUM – absolutne cudo! Z  betonu, szkła i  stali. Ale trudno docenić jego funkcjonalne piękno, bo poobklejany jest reklamami i foliami od parteru aż po dach. I dalej w prawo. Mijamy tablicę „że Unia coś tam” i patrzę hen na fasadę byłego kina w brudne paski, ale jakby nie paski, bo powygryzane jakieś, a pod nimi syf plakatów, ulotek i śmieci w stalowych czarnych ramach, a obok... Jest! Nareszcie! – prawdziwa Restauracja i w dodatku Pizzeria. Ale taka jakaś, jak się do środka wejdzie, jakaś taka…, a dalej już cały ten plac z pałacem, co to może i może być, ale dookoła poobwieszany banerami... Tak i ja kółko zatoczyłem i dalejże do kibelka niebieskiego, przenośnego, co w samym środku miasta stoi. I  powiadam Wam – nie ma takiego drugiego centrum miasta na całym świecie, żebyś sobie mógł na takie g... popatrzeć, a potem spokojniutko, do przenośnego pójść i się załatwić”.

A przecież przez ostatnie 10 lat ciągle coś tu robiono: remontowano, wymieniano, malowano. Czego zatem zabrakło? Dla uczestników marcowego spaceru badawczego odpowiedź na tak postawione pytanie była oczywista – zabrakło myślenia o tym, że place, ulice, chodniki, parki muszą, podkreślam – muszą – być miejscami przyjaznymi dla ludzi. Takimi, w których ludzie dobrze się czują, do których z przyjemnością wracają, a w porywach lokalnego patriotyzmu bywają z nich dumni. Mówił o tym w połowie marca 2017 w Gdańsku Jan Gehl, światowej sławy duński architekt i  urbanista. Swój wykład zaczął od nazwania modernistycznej architektury gównianą (co za zbieżność), by w  dalszej kolejności stwierdzić: „Trzeba po prostu brać pod uwagę to, jakim my – ludzie – jesteśmy gatunkiem. Przez lata w miastach o tym zapominaliśmy. Uszczęśliwialiśmy kierowców, wieżowce i deweloperów. A powinniśmy budować miasta na ludzką miarę. Jeśli przyjrzeć się miastom określanym mianem przyjaznych, tym, które regularnie przewodzą rankingom jakości życia, łatwo zauważyć, że słyną one z dobrych przestrzeni publicznych, a w planowaniu na pierwszym miejscu stawiają człowieka”.

Dlatego tak ważne są organizowane obecnie konsultacje i działania planistyczne w ramach rewitalizacji śródmieścia Dąbrowy Górniczej. Bez udziału dąbrowian w tym procesie nie będzie przyjaznego miasta. Zachęcam więc do dyskusji w klubach osiedlowych, rozmów o Fabryce Pełnej Życia i udziału w spacerach, nie tylko badawczych. Idzie wiosna, wykorzystajmy to.

Foto, 17 marca 2017.
Park Hallera, centrum Dąbrowy Górniczej, główne przejście podziemne i Plac Wolności, czyli: asfalt, beton, behaton, żelastwo, plastik, śmietnik, chaszcze.





























środa, 22 lutego 2017

Dwa bloki, dwa światy, dwa cytaty

Pierwszy blok – centrum epidemii 

Do dziś nosi dumną nazwę Superjednostki. Zbudowany w latach 70. jako jeden z symboli Dąbrowy Górniczej, pojawiał się na pamiątkowych albumach, folderach, pocztówkach. Pamiętam, jak na jego tle fotografowałem syna. Fotografie czarno-białe, Staś ubrany w kraciastą kurtkę, blok biały, poprzecinamy czarnymi pasami, robił dobre wrażenie. Wprawdzie z daleka, bo przecież z azbestu, kiepskiego betonu i peerelowskiego paździerza był zrobiony. Ale i tak mniej był byle jaki od innych, jakby lepszy. I to od niego się wszystko zaczęło. Bodaj w roku 2011 Superjednostkę poddano termomodernizacji, przy okazji malując. Wyraźne podziały i kontrastową kolorystykę zastąpiono wykwitem brudnożółtego w  zielone (pionowe) i takie jakieś buroceglane (poziome) pasy. I nic już nie mogło uratować miasta przed chorobą. Kolorowa zaraza rozlała się na całą Dąbrowę, przybierając barwy wszelakie, wściekły pomarańcz z różowym się spierał, a pasy pionowe w  konkurencji z poziomymi się zwarły. I tak dalej, bez opamiętania, byle inaczej, barwniej, byle nasza wspólnota bardziej kolorowa i paskowata była od ich wspólnoty pastelowej, a spółdzielnia nasza bardziej pionowa od ich w kwadraty spółdzielni. Aż żagiel wielki i czerwony powiał z gołonoskiego bloku na 100-lecie, a dom towarowy w centrum czerwonym i groszkiem kusić, jak diabli, zaczął.

 

Cytat telewizyjny 

W sobotni lutowy poranek „Dzień dobry TVN” budzi widzów materiałem „Kolorowe osiedla”, ukazującym problem, który Jarosław Trybuś, krytyk architektury i autor „Przewodnika po warszawskich blokowiskach” określił w sposób następujący: „Najgorzej, jeśli marną architekturę, a przecież większość bloków taka właśnie jest, chce się przekształcić na siłę za pomocą malowania w wybitne budynki. To się nie może udać. Takie bezmyślne kolorowanie bloków to jak ubieranie małpy w sukienkę. Zawsze będzie groteskowe.”* Tyle, że w telewizji nie pokazują blokowisk warszawskich, a głównie dąbrowskie. Prof. Dariusz Gajewski z katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, analizuje sposób, w jaki pomalowano niektóre z nich. Widać, że w obliczu fantazji dąbrowskich malunków pozostaje bezradny. Analizując pomalowany w żywe kolory blok w  Gołonogu, zauważa, że rosnące przy nim drzewa, gdy się zazielenią, będą wyglądały jakby były brudne. Natura przegra z wściekle zielonym kolorem użytym do malowania fasady. „Kiedyś z moją przyjaciółką rozmawialiśmy w hurtowni. I ona się wtedy zastanawiała, po co w ogóle w tej palecie barw są kolory fluorescencyjne? Niemożliwe, żeby one były w ogóle wykorzystywane! Okazuje się, że one są wykorzystywane.” – ze zdumieniem konstatuje prof. Gajewski. Materiał trafia na „DG News”, pod postem 350 lajków i prawie 70 wpisów.

 

Cytat literacki 

Dąbrowę Górniczą wspomina Krzysztof Varga, w ostatniej części reportażowej trylogii z podróży po Węgrzech**. Przy okazji pobytu w stolicy węgierskiego górnictwa, pisze: „Przypominała mi nieco Tatabanya Dąbrowę Górniczą, też miasto-blokowisko, w którym klocki ośmiopiętrowców tak samo pokryto maskującą tapetą różowych, seledynowych i waniliowych tynków. […] Krążyłem zatem pomiędzy starymi kadarowskimi blokami z wielkiej płyty, szarymi i tymi odnowionymi z prawdziwą kolorystyczną brawurą, i upewniałem się, że Tatabanya jest jednym z najbrzydszych, najsmutniejszych i najmniej inspirujących miast.”


Drugi blok – ozdrowienie 

Ma tylko dwie klatki, trzy kondygnacje, stoi skromnie, ukryty, choć to prawie centrum. Blok przy ul. Starej 15 wygląda jak z innego świata: umiaru, elegancji, skromności. Świeżą elewacją w stonowanych odcieniach beżu odcina się od dąbrowskiej krzykliwej powszechności. I co najważniejsze – nie jest sam. Nieopodal przecież w podobnie nienachalny sposób pomalowano blok przy ul. Skibińskiego 2a, Skibińskiego 5, Cieplaka 1b, Augustynika 7 czy Augustynika 9. Łączy je jeszcze jedno – to budynki remontowane niedawno, podobnie jak ten przy ul. Okrzei 7. Czyżby więc nastąpił odwrót? Czyżby dąbrowianie dostrzegli chorobę, której wirus przez ostatnie lata korzystał z nosiciela termomodernizacji? Chorobę, która uczyniła nasze miasto architektonicznym antyprzykładem. Miejmy nadzieję, że tak i cieszmy się z  każdego nowo pomalowanego bloku, którego elewacja, zamiast dominować nad wspólną przestrzenią, wpisuje się w nią, jak ta przy ul. Starej 15.

* Cyt. za: Filip Springer. Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wołowiec 2013
** Krzysztof Varga. Langosz w jurcie, Wołowiec 2016

poniedziałek, 20 lutego 2017

Szczęście w zielonym kolorze

Będzie zielono, jak świąteczna choinka, Zielona Mobilność, logo Dąbrowy Górniczej i okładka książki „Miasto szczęśliwe”, której autor, Charles Montgomery, na ponad pięciuset stronach próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie: Jak zmienić nasze miasta, by ich mieszkańcy czuli się szczęśliwi?

Nietrudno zauważyć, że dla odpowiedzi na powyższe pytanie przynajmniej dwie kwestie wymagają dokładnego sprecyzowania. Po pierwsze – czym jest miasto? Po wtóre – czym jest szczęście? Montgomery od tych kwestii nie ucieka, wytrwale analizując rozwój miast i wszystkie możliwe aspekty szczęścia – od filozoficznych po statystyczne. W efekcie dochodzi do dwóch kluczowych stwierdzeń, że miasto jest naszym wspólnym przedsięwzięciem oraz że najtrwalszym fundamentem szczęścia są silne i pozytywne relacje międzyludzkie.

Tymczasem, jak wynika z badań socjologicznych, z każdym rokiem ludzie stają się coraz bardziej samotni. W roku 1985 przeciętny Amerykanin twierdził, że ma trzy osoby, którym może ufać w ważnych dla niego sprawach. Do roku 2004 ta liczba skurczyła się do dwóch osób i nigdy już nie odzyskała poprzednich rozmiarów. Obecnie niemal połowa twierdzi, że nie ma nikogo, komu mogłaby zaufać lub, że ma tylko jedną taką osobę. Biorąc pod uwagę, że badania te dotyczyły także członków najbliższej rodziny, mamy do czynienia z wynikiem wręcz zatrważającym. Nie łudźmy się, w  Polsce nie jest inaczej. Procesy, które pustoszą amerykańskie życie społeczne, dawno już dotarły do nas i przynoszą podobne rezultaty. Polacy też zdecydowanie rzadziej zapraszają przyjaciół na kolacje, tracą kontakt z lokalną społecznością i najbliższym otoczeniem, coraz mniej ufają innym osobom i instytucjom. Także wokół dąbrowskich bloków coraz mniej jest życia i sąsiedzkiej uprzejmości.

A przecież zanim blok, w którym dziś mieszkają moi rodzice, pomalowano według gustu zarządu wspólnoty, zanim, kosztem trawników, powiększono parking, co – wbrew oczekiwaniom mieszkańców – nie zmniejszyło problemów z parkowaniem, zanim wycięto większość drzew, zanim pozamykano klatki schodowe, usunięto spisy lokatorów i  zagrodzono wejścia do piwnic, dąbrowianie żyli bliżej siebie. To było wtedy, gdy trawa nie miała łatwo, bo gdzie się tylko dało i  kiedy się tylko dało, graliśmy w  nogę, kopiąc „w  jednego” albo do dwóch bramek – od drzewa do żywopłotu, wydeptując ją do żywego. Przed blokiem stało kilka samochodów, chętnie pucowanych przez właścicieli w asyście sąsiadów zawsze chętnych do udzielenia technicznej porady. To było w czasach rzeczywistej solidarności, nie tylko tej zwróconej przeciwko komunistycznemu reżimowi, ale i otwartej na spotkanie, rozmowę, współpracę. Pewnie idealizuję, prawem człowieka po czterdziestce, ale nie o to tutaj chodzi. Chodzi o wspomnienia, w których pełno sąsiadów, znanych z imienia i nazwiska, przypadkowych spotkań i całego bagażu doświadczeń wynikających z nieustannego niemal przebywania na zewnątrz domu.

Aż dotarliśmy do współczesności. Znamienne, że słowo „społeczność” obecnie coraz częściej odnosi się do grup ludzi używających w komunikacji tych samych mediów lub lubiących ten sam produkt, bez względu na to, czy ich członkowie kiedykolwiek spotkali się w tzw. realu. Jednocześnie rośnie sterta badań dostarczających wciąż nowych dowodów, że relacje internetowe są dalekie od tych, które mają charakter osobisty. Dowiedziono np. że pisząc do siebie, ludzie okłamują się zdecydowanie częściej niż wówczas, gdy do siebie mówią. A przecież to internetowe życie jest dzisiaj podstawowym punktem odniesienia dla większości dąbrowskiej młodzieży.

Pozostaje więc pytanie: Czy możemy zbudować lub odbudować przestrzenie miejskie w taki sposób, by umożliwić wzrost zaufania, zarówno pomiędzy znajomymi, jak i obcymi sobie ludźmi? Odpowiedź jest jednoznaczna – tak, potrafimy to zrobić. Przykładów jest aż nadto. Rośnie liczba miast, w których przywraca się właściwy porządek świata, regulując przepisy dotyczące korzystania ze wspólnej przestrzeni, troszcząc się o równowagę wszystkich uczestników ruchu drogowego i ich bezpieczeństwo, rewitalizując ulice i place oraz – bo przecież miało być o zieleni – tak kształtując miasta, by każdemu zapewniały regularny kontakt z naturą.

Okazuje się bowiem, że im mniej zieleni w danym środowisku, tym więcej napadów, pobić, rabunków i  morderstw. Wbrew obiegowej opinii, że krzewy i drzewa służą zbirom jako miejsce ukrycia, pozbawianie człowieka kontaktu z przyrodą jest nie tylko niezdrowe, ale i niebezpieczne. Z drugiej strony – badania wykazują, że ludzie żyjący w pobliżu terenów zielonych częściej zapraszają innych do siebie na spotkania towarzyskie, są bardziej życzliwi i skłonni do pomocy. Bo przyroda nie tylko jest dla nas dobra, lecz także wydobywa z nas samych to, co najlepsze.

Przy czym kluczowe znaczenie dla zdrowego życia ma nie tyle ilość zieleni, co raczej regularny kontakt z  naturą i  serwowanie jej w codziennych dawkach. Oznacza to, że musimy wbudować naturę w  miasto i nasze życie w nim. Potrzebujemy parków, ale potrzebujemy także skwerów średniej wielkości, osiedlowych ogródków, dostępnych pasów zieleni, roślin w donicach i zielonych murów porośniętych pnączami. I jeszcze jednego – też w zielonym kolorze – potrzebujemy nadziei, że zmieniając Dąbrowę, możemy zmienić sposób postrzegania i traktowania innych ludzi, a tym samym uczynić nasze życie szczęśliwszym.

Reklamy atakują

Wjeżdżam do Dąbrowy: od Będzina albo od Makro, od północy, od wschodu, albo od Zagórza przez Aleję Róż. O tak, ten wjazd przez Aleję Róż chyba najbardziej charakterystyczny, bo droga jakby reprezentacyjna: trawa skoszona, rabatki wyplewione, krzewy przystrzyżone. Widać, że komuś zależy, że dbają…

Problem tylko, że te bratki i  rabatki trudno dostrzec, bo przesłania je: blacha, folia, hasło, logo, słupek, na słupku tabliczka, bilbord, na bilbordzie obrazek, zęby w uśmiechu, facet rozebrany, samochód do naprawy.

Aleja Róż, od tablicy z nazwą miasta do skrzyżowania z ulicą Królowej Jadwigi, ma ok. 550 metrów. Na tej długości po obu stronach zachęca, namawia, sugeruje i informuje 9 dużych tablic typu bilbord, w tym dwie świecące i jedna przez cały czas migocząca, 13 tablic wisi na słupach oświetleniowych, 9 tabliczek stoi na dwóch nogach, 14 na nóżce pojedynczej. Razem 46 reklam, a więc średnio jedna reklama co 12 metrów. Tyle, że to dopiero początek, przedsmak tego, co mnie czeka. Ruszam w miasto.

Podejmuję spacer ulicą 3 Maja. Krok za krokiem idę, centralnie, bo to centrum (chyba?), dookoła się rozglądam. Od skrzyżowania z ul. Sobieskiego do skrzyżowania z ul. Dąbrowskiego jest 500 metrów. I wchodzę w ten półkilometrowy obskurny majak, chaos nieopisany, po jednej i drugiej stronie ulicy: poustawiany, poobklejany, ponawieszany. Zanurzam się w  morzu barwnego badziewia, co się stłoczyło, skłębiło i ścieka po ścianach, po szybach, po słupach, dachach, schodach, płotach, po wszystkim. Liczę: 58 tabliczek, 84 szyldy kolorowe, 11 tablic typu bilbord, 72 banery do ścian przywiązane. Nie liczę: szyb całych zaklejonych, potykaczy przed sklepy powywlekanych, plakatów, wlepek, ulotek na taśmę do drzwi przymocowanych, na okna, słupki, na rynny. I ten dobór materiałów – jeśli blacha, to najtańsza, jeśli folia, to najbardziej jaskrawa. Żadnych subtelności – tylko wrzask! Przekrzykują się te wszystkie „skupy-sprzedaże”, „console”, „okazje”, „alkohole 24h”, „kredyty od ręki”, „złoto, srebro, zegarki”, „super raty” i „wyjątkowe bielizny”, a ja oczy zamykam, bo już patrzeć nie mogę.

A przecież takich miejsc, jak ul. 3 Maja, jest w Dąbrowie więcej. Dlatego niniejszy felieton zilustrowałem antypocztówką z pozdrowieniami z miasta, którego nie widać spod reklam, szyldów, stojaków i plakatów.

Gmina ma prawne możliwości poprawy estetyki w  przestrzeni publicznej w  oparciu o ustawę krajobrazową z 24 kwietnia 2015 roku. Czas najwyższy, by zacząć je wprowadzać. Jednak tzw. metody administracyjne nie pomogą bez przekonania mieszkańców, zarządów wspólnot mieszkaniowych i prywatnych właścicieli budynków, że przestrzeń publiczna jest dobrem, o które trzeba dbać. Chodzi o wypracowanie katalogu dobrych praktyk, o znalezienie kompromisu pomiędzy potrzebami reklamowymi a estetyką. Jeśli za oknem widzimy drzewo, uporządkowaną fasadę sąsiedniego budynku, czujemy się lepiej, niż wówczas, gdy wszelki widok zaśmiecają nam wyprzedaże i okazje. Jak pisze Charles Montgomery w książce „Miasto szczęśliwe”, większość rzeczy, jakie ludzie kupują w sklepach, daje im wielką satysfakcję w momencie zakupu, po kilku dniach ta satysfakcja zaczyna się zmniejszać, by z czasem ulotnić się zupełnie. Natomiast dobra przestrzeń publiczna jest czymś w rodzaju magicznego dobrodziejstwa, gdyż pozostaje nieustannym źródłem zadowolenia.

Foto, 18 listopada 2016.
Dąbrowa Górnicza, ulice: 3 Maja, Stefana Okrzei, Juliusza Kedena-Bandrowskiego, Królowej Jadwigi.









Komunikacyjny kataklizm w Dąbrowie?

W  książce Jana Gehla „Miasto dla ludzi” warto zwrócić uwagę na fragment, w którym autor opisuje konsekwencje trzęsienia ziemi w San Francisco z roku 1989. W wyniku kataklizmu zniszczeniu uległ odcinek wiecznie zatłoczonej autostrady prowadzącej do centrum – Embarcadero Freeway. Drogę trzeba było zamknąć. W jednej chwili nastąpiła likwidacja jednej z ważniejszych arterii San Francisco. Architekci i konstruktorzy natychmiast więc rzucili się do projektowania nowej autostrady, ale projekt nigdy nie został ukończony.

Okazało się, że miasto całkiem dobrze radzi sobie bez zniszczonej drogi. Kierowcy zaakceptowali ograniczenie prędkości w tym obszarze. Co więcej, na Embarcadero Freeway pojawili się piesi i rowerzyści. Dziś, zamiast dwupoziomowej autostrady, jest tu bulwar z tramwajami, drzewami i  szerokimi chodnikami. W ten sposób odwróceniu uległa obowiązująca dotychczas zasada, że im więcej jest samochodów, tym więcej wolnych przestrzeni w mieście należy wypełnić poruszającymi się i parkującymi pojazdami. To z kolei prowadziło do zwiększenia ruchu i wzrostu problemów komunikacyjnych. W następnych latach San Francisco przekształciło jeszcze kilka autostrad w spokojne ulice.

Przekorna konkluzja mogłaby zabrzmieć, że czasami do zmiany przekonań o podporządkowaniu miasta potrzebom kierowców, potrzeba trzęsienia ziemi. Jednak od opisywanego przez Gehla przypadku minęło już prawie 30 lat i wzorem San Francisco poszło wiele miast na całym świecie. W  każdym z nich zastosowano zasadę „zielonej mobilności”, w myśl której większość transportu publicznego stanowi ruch pieszy, rowerowy i komunikacja zbiorowa, które to środki transportu znacząco poprawiają stan środowiska, obniżają emisję szkodliwych substancji do atmosfery i zmniejszają poziom natężenia hałasu. Wszędzie tam dodatkowo zadbano o przestrzenie publiczne i zachęcono do przebywania w mieście ludzi, a nie samochody, co znacząco zmieniło charakter życia Kopenhagi (o czym wie wielu) i Bogoty (o czym wiedzą nieliczni).

Kiedy w Dąbrowie Górniczej przedstawiono, przeznaczone do konsultacji społecznych, opracowanie dot. wprowadzenia „zielonej mobilności”, od razu pojawili się krytycy udowadniający, że czeka nas komunikacyjny kataklizm – wystarczyła zapowiedź stworzenia wspólnych przystanków tramwajowych i autobusowych. Takimi „detalami”, jak zintegrowane węzły przesiadkowe, postulowana konieczność poprawy jakości komunikacji miejskiej, dostosowanie tras i rozkładów jazdy do współczesnych wymagań mieszkańców czy zwiększenie bezpieczeństwa pieszych i  rowerzystów, głowy sobie nie zaprzątano.

Dąbrowscy „wielepieje”, co to wszystko wiedzą lepiej, zawyrokowali – „zielona mobilność” jest groźna jak, nie przymierzając, trzęsienie ziemi, hołdując przekonaniu, że im miejskie ulice szersze – tym lepsze, parkingi powinny być gdzie się tylko da, a największą zdobyczą współczesności jest pomknąć samochodem Piłsudskiego czy Królowej Jadwigi – bez ograniczeń. Tyle że, jak pokazują liczne przykłady, to się źle kończy – konkretnie – wzrostem problemów komunikacyjnych. Dlatego opracowanie pn. „Zielona mobilność na terenie gminy Dąbrowa Górnicza” warto potraktować jako szansę na lepsze miasto, ale z zastrzeżeniem, że po pierwsze – wymaga konsultacji, po drugie – wszystkie, bez wyjątku, elementy planu zostaną wprowadzone.