poniedziałek, 20 lutego 2017

Reklamy atakują

Wjeżdżam do Dąbrowy: od Będzina albo od Makro, od północy, od wschodu, albo od Zagórza przez Aleję Róż. O tak, ten wjazd przez Aleję Róż chyba najbardziej charakterystyczny, bo droga jakby reprezentacyjna: trawa skoszona, rabatki wyplewione, krzewy przystrzyżone. Widać, że komuś zależy, że dbają…

Problem tylko, że te bratki i  rabatki trudno dostrzec, bo przesłania je: blacha, folia, hasło, logo, słupek, na słupku tabliczka, bilbord, na bilbordzie obrazek, zęby w uśmiechu, facet rozebrany, samochód do naprawy.

Aleja Róż, od tablicy z nazwą miasta do skrzyżowania z ulicą Królowej Jadwigi, ma ok. 550 metrów. Na tej długości po obu stronach zachęca, namawia, sugeruje i informuje 9 dużych tablic typu bilbord, w tym dwie świecące i jedna przez cały czas migocząca, 13 tablic wisi na słupach oświetleniowych, 9 tabliczek stoi na dwóch nogach, 14 na nóżce pojedynczej. Razem 46 reklam, a więc średnio jedna reklama co 12 metrów. Tyle, że to dopiero początek, przedsmak tego, co mnie czeka. Ruszam w miasto.

Podejmuję spacer ulicą 3 Maja. Krok za krokiem idę, centralnie, bo to centrum (chyba?), dookoła się rozglądam. Od skrzyżowania z ul. Sobieskiego do skrzyżowania z ul. Dąbrowskiego jest 500 metrów. I wchodzę w ten półkilometrowy obskurny majak, chaos nieopisany, po jednej i drugiej stronie ulicy: poustawiany, poobklejany, ponawieszany. Zanurzam się w  morzu barwnego badziewia, co się stłoczyło, skłębiło i ścieka po ścianach, po szybach, po słupach, dachach, schodach, płotach, po wszystkim. Liczę: 58 tabliczek, 84 szyldy kolorowe, 11 tablic typu bilbord, 72 banery do ścian przywiązane. Nie liczę: szyb całych zaklejonych, potykaczy przed sklepy powywlekanych, plakatów, wlepek, ulotek na taśmę do drzwi przymocowanych, na okna, słupki, na rynny. I ten dobór materiałów – jeśli blacha, to najtańsza, jeśli folia, to najbardziej jaskrawa. Żadnych subtelności – tylko wrzask! Przekrzykują się te wszystkie „skupy-sprzedaże”, „console”, „okazje”, „alkohole 24h”, „kredyty od ręki”, „złoto, srebro, zegarki”, „super raty” i „wyjątkowe bielizny”, a ja oczy zamykam, bo już patrzeć nie mogę.

A przecież takich miejsc, jak ul. 3 Maja, jest w Dąbrowie więcej. Dlatego niniejszy felieton zilustrowałem antypocztówką z pozdrowieniami z miasta, którego nie widać spod reklam, szyldów, stojaków i plakatów.

Gmina ma prawne możliwości poprawy estetyki w  przestrzeni publicznej w  oparciu o ustawę krajobrazową z 24 kwietnia 2015 roku. Czas najwyższy, by zacząć je wprowadzać. Jednak tzw. metody administracyjne nie pomogą bez przekonania mieszkańców, zarządów wspólnot mieszkaniowych i prywatnych właścicieli budynków, że przestrzeń publiczna jest dobrem, o które trzeba dbać. Chodzi o wypracowanie katalogu dobrych praktyk, o znalezienie kompromisu pomiędzy potrzebami reklamowymi a estetyką. Jeśli za oknem widzimy drzewo, uporządkowaną fasadę sąsiedniego budynku, czujemy się lepiej, niż wówczas, gdy wszelki widok zaśmiecają nam wyprzedaże i okazje. Jak pisze Charles Montgomery w książce „Miasto szczęśliwe”, większość rzeczy, jakie ludzie kupują w sklepach, daje im wielką satysfakcję w momencie zakupu, po kilku dniach ta satysfakcja zaczyna się zmniejszać, by z czasem ulotnić się zupełnie. Natomiast dobra przestrzeń publiczna jest czymś w rodzaju magicznego dobrodziejstwa, gdyż pozostaje nieustannym źródłem zadowolenia.

Foto, 18 listopada 2016.
Dąbrowa Górnicza, ulice: 3 Maja, Stefana Okrzei, Juliusza Kedena-Bandrowskiego, Królowej Jadwigi.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz