wtorek, 28 maja 2019

Dokąd się spieszysz, człowieku?


Spieszę się, żeby zawieźć córkę do przedszkola, żeby odwieźć syna ze szkoły. Spieszę się, żeby na następnych światłach, na czerwonym, zająć pole position, żeby przed innymi być w domu, być w sklepie, być przy kasie. Spieszę się nadać szybką paczkę, do fast fooda, do Orlen Expressu...

Szymon Malinowski, profesor nauk o ziemi na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, wyjaśnia: „Mamy rok 2019. Ilość zasobów, którą ludzkość zużyła od początku istnienia do połowy lat 90., jest taka sama jak od połowy lat 90. do teraz”. Świat przyspieszył. Jeśli temperatura planety wzrośnie o więcej niż 2 stopnie w stosunku do epoki przedprzemysłowej, dojdzie do niekontrolowanej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Wiąże się to np. z uwolnieniem materii organicznej, która w tej chwili jest zamarznięta na Syberii. Możemy więc w stosunkowo krótkim czasie wywołać procesy, które dla ludzkości skończą się bardzo źle. W tej chwili wszystko jeszcze przed nami. Jednak uniknięcie katastrofy wymaga bardzo dużej liczby zmian, na każdym szczeblu.*Dotyczy to przede wszystkim sposobu, w jaki żyjemy. 

W tym miejscu klimatologom spieszą z pomocą urbaniści. Jan Gehl w książce „Miasta dla ludzi” zauważa: „powszechnie wierzy się, że życie w przestrzeni miejskiej jest w głównej mierze kwestią liczby użytkowników. Ale to tylko jeden z czynników, drugim, równie istotnym warunkiem życia miasta, jest czas, jaki ludzie spędzają w przestrzeni publicznej. Wiele osób poruszających się szybko przez miejską przestrzeń może wzniecić znacznie mniej życia w mieście, niż kilku spacerowiczów”.** By się o tym przekonać, wystarczy trafić do śródmieścia Dąbrowy Górniczej i np. na Zieloną. 

Jak pisze Gehl, wbrew ugruntowanemu przekonaniu, szybki ruch to miasto pozbawione życia. Powolny ruch to miasto pełne życia. I postuluje tworzenie miast zachęcających do jeżdżenia rowerem i chodzenia pieszo. *** Miast, których mieszkańcy nie spieszą się, żeby ze sobą skończyć.

*Zob. Areta Szpura, Jak uratować świat?, Warszawa 2019, str. 33
** Jan Gehl, Miasta dla ludzi, Kraków 2014, str. 71.
*** Ibidem




ChciwośćNiewdzięczność wynoszą z ogrodu Ignorancję. Korona na głowie tej ostatniej sugeruje, że to ona rządzi światem. Fragment obrazu "Triumf cnoty", Andrea Mantegna (wyk. ok. 1499-1502), Muzeum Luwr

piątek, 19 kwietnia 2019

Miasto przyszłości


Pół świata przemierzyłem, by znaleźć się w  tym miejscu. Ostatni etap podróży kosztował 8 dolarów. Wjechałem windą, teraz stoję kilkadziesiąt metrów nad ziemią w koronie drzewa, a  właściwie super-drzewa, jednego z  18. To niezwykły twór, pokryty pnączami i tysiącami roślin, przedstawicielami ponad 200 gatunków. Jego głównym zadaniem jest dostarczanie naturalnej energii. Wkomponowane w  konstrukcję ogniwa kumulują energię słoneczną. „Drzewo” gromadzi również wodę deszczową wykorzystywaną do nawadniania roślin i napełniania okolicznych fontann. Po zapadnięciu zmroku „ożyje”, zmieniając kolory i razem z pozostałymi stworzy imponujący pokaz światła. Teraz, dzięki zamontowanym tu specjalnym dyszom, daje przyjemny chłód. Pod nami Gardens by the Bay, tropikalne ogrody zlokalizowane na sztucznej wyspie. Wzrok przyciągają szklane grzebienie drapaczy chmur, spektakularny basen na szczycie hotelu Marina Bay Sands i  stalowe ramiona portowych żurawi. Singapur. Miasto przyszłości.

Ostatnio podjęto tu decyzję, jaka u  nas chyba nikomu nie mieściłaby się w głowie: wprowadzono zakaz rejestracji nowych samochodów. Singapurczycy wyliczyli, że drogi przekroczyły już 12 proc. powierzchni miasta i… przestali inwestować w nową infrastrukturę drogową. Zresztą samochody od dawna były na cenzurowanym. Dlatego na prawie 6 mln mieszkańców miasta-państwa przypada zaledwie 600 tys. aut prywatnych. Za to transport publiczny, zwłaszcza metro, biją na głowę wszystko, co widziałem do tej pory – są bezobsługowe, czyste, punktualne co do sekundy. Do tego elektryczne autobusy i  rowery. Stoją wszędzie – wystarczy ściągnąć odpowiednią aplikację i, często za darmo, można jechać.

Jeśli zatem Singapur jest miastem przyszłości – w co, będąc tutaj, wyjątkowo łatwo uwierzyć – szykujmy się na świat, w  którym proporcje między transportem publicznym i prywatnym trzeba odwrócić. Zamieszkujący Miasto Lwa, głównie potomkowie chińskich emigrantów, już wiedzą: że zasoby naturalne naszej planety właśnie się wyczerpują, dlatego wodę pitną odzyskują wprost ze ścieków komunalnych, że przestrzeń miejska nie jest z gumy i jej przeznaczanie na parkingi i poszerzanie jezdni to droga donikąd, lepiej zainwestować w zieleń. I szykują się na starość, co oznacza mniej schodów, więcej wind, bliżej rozmieszczonych sklepów i usług dostarczanych na miejsce coraz mniej samodzielnym odbiorcom.* 

* Zob. Paulina Wilk, Pojutrze. O miastach przyszłości, Kraków 2017, str. 212.



























czwartek, 14 marca 2019

Wizja lokalna


Zima, która tego roku dała o sobie znać, właśnie odpuściła. Stoimy w słońcu... i w błocie. Przed nami zdewastowany budynek dworca dawnej Kolei Iwanogrodzko-Dąbrowskiej, za drogą ruiny przychodni, za nami zdemolowany dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Jakieś barierki, metalowa buda z biletami, chaszcze, tory, rdza, poustawiane, to tu, to tam, samochody. Głos z megafonu zapowiada międzynarodowy pociąg.

Londyn, dziś najeżona wieżowcami globalna metropolia z największą populacją w swej historii. Mało kto wie, że jeszcze w latach 80. XX wieku ludzie masowo to miasto opuszczali. Między rokiem 1939 a 1979 liczba jego mieszkańców spadła o 2 miliony. Londyn stał się ofiarą brytyjskiego wynalazku miasta industrialnego, gdzie bezprecedensowa liczba ludzi była lokowana w bezprecedensowym zagęszczeniu, by dostarczyć rąk do pracy w ogromnych fabrykach. Do momentu, gdy produkcja umarła. Opisujący to zjawisko ekonomista Edward Glaeser nie ma wątpliwości – epoka miasta przemysłowego w XX wieku dobiegła końca.*


W tym kontekście opustoszałe hale dawnej fabryki obrabiarek w Dąbrowie Górniczej nie różnią się od londyńskich doków, kopalń i hut niemieckiego Zagłębia Ruhry, postindustrialnych przestrzeni warszawskiej Elektrowni Powiśle czy pofabrycznych kompleksów w Łodzi, wśród których warto wymienić projekt Monopolis – gdzie powstaje „miasto w mieście”, z biurami, sklepami, punktami usługowymi, teatrem, restauracją, basenem z siłownią, a nawet przedszkolem.


15 marca upływa termin składania prac w konkursie na zagospodarowanie śródmieścia Dąbrowy Górniczej. Podczas lutowej wizji lokalnej architekci zobaczyli, ile trzeba zmienić. Wkrótce dowiemy się, w jaki sposób przełożyli to doświadczenie na architektoniczną wizję i projekty, sprawiające, że Dąbrowa dołączy do miast, które wyciągnęły wnioski z własnej historii i przestawiły się na nowe tory. 

* Zob. Tom Dyckerhoff, Epoka spektaklu. Perypetie architektury i miasta XX wieku, Kraków 2018, str. 65.

czwartek, 20 grudnia 2018

Prawdziwy problem


Zdjęcie z komentarzem
Jest ich 19, ustawiono je na długości prawie 30 metrów. Jeden za drugim na łuku osiedlowej drogi, nieopodal Biedronki. Ich techniczna nazwa u-12b wskazuje, że mamy do czynienia z wytworem standaryzowanym, a zatem do bólu nudnym. A jednak, przez pewien czas te kilkanaście słupków zelektryzowało dąbrowskich internautów. Rzecz rozgrywała się na fejsbuku
i pewnie przypominałaby jedną z tych dyskusji polegających na wygłaszaniu przez kolejnych uczestników kategorycznych, nieznoszących sprzeciwu sądów (fejsbukowy standard). Stało się jednak inaczej… No więc na zdjęciu widać słupki odgradzające chodnik. Skrót perspektywiczny powoduje, że wydaje się, jakby stały tuż obok siebie, tworząc bezkresny słupkowaty ciąg (w rzeczywistości stoją w odległości 1,6 metra od siebie, dlaczego akurat tyle – wyjaśni się później). Nad zdjęciem ironiczny podpis: „Takie coś na Kasprzaka, mogli więcej słupków postawić, bo to zdecydowanie za mało”. Ot, kogoś słupki wkurzyły, wydało mu się słupków za dużo, zrobił zdjęcie, skomentował i opublikował na popularnej grupie. Domyślamy się też, że autor, pisząc o tych, co to „mogli więcej słupków postawić”, miał na myśli, rzecz jasna bezmyślnych urzędników. Wtórują mu podobnie myślący, pisząc m.in. „bogata gmina to i wydawać na idiotyzmy można...”. 

O co tu chodzi?
Dość szybko okazało się jednak, że słupki na Kasprzaka nie pojawiły się na skutek, niepodlegającej dyskusji, pasji urzędników do robienia rzeczy głupich lub potrzebnych tylko tym, którzy – w tym przypadku słupki – produkują i montują. Z kolejnych wpisów dowiedzieliśmy się, że słupki są częścią projektu zgłoszonego i opracowanego przez mieszkańców osiedla w ramach Dąbrowskiego Budżetu Partycypacyjnego. W skrócie – chodziło o to, żeby uniemożliwić samochodom łamanie przepisów i zastawianie chodnika, co powodowało, że piesi, chcąc przejść, np. do wspomnianej Biedronki, musieli korzystać z jezdni (by zrobić to skutecznie – słupki postawiono na tyle blisko, by żaden smart ani inny fiat 500 się nie wśliznął). A zatem – uwaga – zabrano samochodom prawie 30 metrów nęcącej, bo nielegalnej, łukowatej przestrzeni do parkowania. Czyn ten nie mógł zostać pominięty milczeniem. Ostrożni twierdzili, że „chodniki piękne – problem w tym, że mało kto nimi chodzi...” albo dowodzili, że miejsca dla pieszych, z powodu słupków, i tak jest za mało, by np. niepełnosprawny na wózku minął się z kobietą z wózkiem, więc lepiej było to zostawić jak było – samochodom. Inni zauważali, że „zawsze tam parkowały auta mieszkańców wieżowca 3 i 5 i jakoś przez tyle czasu nikt się nie bulwersował”. Hojni, gotowi płacić wysokie podatki na rzecz zwiększenia kadry w policji i straży miejskiej, domagali się patroli, które przez 24 godziny na dobę zajmowałyby się wystawianiem mandatów i odholowywaniem nieprawidłowo zaparkowanych samochodów. Najwięcej było jednak zwolenników prostych rozwiązań. Ci pisali, że „skoro auta tam parkowały, to znaczy, że nie miały miejsca na parkingu”. „Nie lepiej zainwestować w parking i każdy byłby zadowolony? ” albo „co się ludziom dziwić, jak nie ma parkingów... same zakazy będą” – konstatowali. Natychmiast też pojawił się postulat budowy parkingów piętrowych. Kto miałby je wybudować? Oczywiście ci sami urzędnicy, którzy stawiają słupki zamiast budować parkingi. Kosztem czego miałyby stanąć te parkingi? Rzecz jasna kosztem zieleni, na której przecież i tak, co prawda nielegalnie, ale jednak, parkują samochody. A teraz czas na cytat najszczerszy: „Nie mieszkam tam, ale takie rozwiązanie uważam za bezcelowe, bo prawdziwego problemu to nie rozwiązuje”.

Idź za pieszym
A co, jeśli „prawdziwym problemem” nie jest brak wystarczającej ilości miejsc parkingowych w bliskim sąsiedztwie naszych mieszkań? Co, jeśli przestrzeni jest na tyle mało, że prawdziwym problemem jest brak bezpiecznych chodników, miejsc, w których mogą spokojnie odpoczywać ludzie starsi, gdzie mieszkańcy mogą się spotkać, porozmawiać, gdzie bezpiecznie mogą się bawić nasze dzieci? Idź za pieszym! – postuluje Janette Sadik-Khan w książce „Walka o ulice”, wyjaśniając – „kluczem do ożywienia całych ulic i miast, które te ulice tworzą, jest uznanie chodników za wartościową przestrzeń”.* Nie tylko chodników – ale też placów, skwerów, trawników. I każdego drzewa, które rośnie pod naszymi oknami. Mieszkańcy osiedla Kasprzaka, którzy podjęli decyzję, że zabiorą samochodom trzydzieści metrów nielegalnego parkowania i oddadzą tę przestrzeń pieszym, już to wiedzą. Wiedzą też, jak ważny jest kompromis, bo nieopodal słupków zaproponowali utworzenie dziesięciu nowych miejsc parkingowych. Ostatecznie, jak czytamy w wyjaśnieniu jednej z uczestniczek konsultacji, „nie tylko chodzi o bilans miejsc parkingowych. Chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo pieszych i estetykę osiedla. Teraz piesi mają porządny chodnik, a kierowcy porządne i legalne miejsca parkingowe”. Skoro tak, powtórzę za autorem posta, ale już bez ironii – „Takie coś na Kasprzaka, mogli więcej słupków postawić, bo to zdecydowanie za mało”.

* Janette Sadik-Khan i Seth Solomonov, Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi, Kraków 2017, str. 111.

środa, 28 listopada 2018

Coś wisi w powietrzu


Udało się! Na Marsie wylądowało urządzenie stworzone przez Polaków! – krzyczał tytuł na jednym z portali internetowych. Po nowym roku ma się wwiercić w skorupę Czerwonej Planety na głębokość 5 metrów – przeczytałem dalej. Jest dobrze – pomyślałem, dumnie oczy ku niebu zwracając. Polskie chmury przewiał polski wiatr i polskie nade mną migotały gwiazdy. Nie było smogu, spalin, nie dymiły elektrownie. Tego wieczoru piękne i czyste było polskie niebo.

Trwaj chwilo, jesteś piękna! – pomyślałem. I dalejże Dynamiczną Mapę Jakości Powietrza zacząłem przeglądać. Bo jak z bajki, jasnozielona, o konturach Dąbrowy Górniczej była ta mapa. I wtedy właśnie, niczym marsjański (pardon – polski) Kret, zaczęła mi się w głowę wkręcać myśl, że to tylko krótka chwila przed burzą. I przypomniał mi się niedawno czytany artykuł. Czar prysnął.

We wspomnianym artykule profesor dr hab. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, dyrektor Instytutu Geofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, dowodzi, że ludzkość uruchomiła procesy, które doprowadzą do tego, że nasza planeta przestanie się nadawać do życia. Zdaniem profesora, ziemska cywilizacja zginie ok. roku 2050, a więc w następnym pokoleniu.* Karabin w nasze serce został już wycelowany, palec naciska spust. Tym karabinem jest koncentracja gazów cieplarnianych w atmosferze. Jeśli jej nie zatrzymamy, uruchomimy mechanizmy, nad którymi ludzkość nie będzie już w stanie zapanować. Do atmosfery zaczną się uwalniać ogromne ilości gazów cieplarnianych z materii organicznej zdeponowanej w morzach i na powierzchni naszej planety. Nastąpi wówczas proces podobny do tzw. paleoceńsko-eoceńskiego maksimum termicznego. Temperatura gwałtownie wzrośnie, oceany zaleją lądy, wyginie większość żyjących obecnie stworzeń. Podobno, by tak się stało, wystarczy podniesienie średniej temperatury na Ziemi jeszcze o jeden stopień Celsjusza.

Ratunkiem jest zaprzestanie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, czyli spalanie paliw kopalnych. Brzmi prosto – prawda? Tyle tylko, że nasze życie oparte jest na dokładnie odwrotnym założeniu. Lubimy, po prostu lubimy... kupować więcej jedzenia niż potrzebujemy, palić w kominkach, klimatyzację i wentylację na full. Ale najbardziej lubimy rozpędzać tony żelastwa do określonej prędkości (nawet po to, by pokonać odcinek, który można przejść), po drodze zamieniając przy tym na ciepło większą część energii pochodzącej ze spalania. Najbardziej lubimy motoryzację.

Tymczasem – jak przekonuje Peter Walker – jeśli świat da się jeszcze uratować, najlepiej do tego celu użyć rowerów, które są najzdrowszym i najbardziej ekonomicznym środkiem transportu miejskiego „Gdyby globalny udział rowerów w podróżach w miastach wzrósł niewiele, z około 6 procent obecnie do 11 procent w 2030 r. i 14 procent w 2050 r., ta zmiana ograniczyłaby całkowitą emisję CO2 o 7 procent w 2030 r. oraz 11 procent w 2050 r.” – przekonuje autor książki pod wiele mówiącym tytułem „Jak rowery mogą uratować świat”.**

Tak czy inaczej, w wyobrażalnej perspektywie czekają nas zmiany, na które lepiej przygotowywać się już teraz. Z dwu możliwości wybieram tę drugą – że przed nami kolejna rewolucja, która podważy dziesięciolecia niekwestionowanej dominacji samochodów, spalania ropy naftowej i węgla.

Całkowity zakaz używania prywatnych samochodów w centrum ogłoszono niedawno w Oslo. Jeszcze dalej poszły władze Helsinek, ogłaszając, że posiadanie samochodu w tym mieście stanie się po prostu bezsensowne. Zaplanowano system „mobilności na żądanie”, który ma obejmować rowery miejskie, autonomiczne samochody, autobusy, tramwaje i inne środki transportu publicznego. Wszystkie dostępne za pomocą jednej aplikacji.

A więc to już się dzieje. Na razie lata świetlne od Polski. Ale skoro nasz Kret potrafi wwiercić się w Marsa, to może i rowerem będzie się kiedyś dało bezpiecznie przejechać z Gołonoga na Mydlice. Czego sobie, Państwu i całej naszej planecie z całego serca życzę.

* Zob. 35 stopni w cieniu. Na razie jest super, nie?, Wyborcza Na Drugą Setkę, Warszawa 2018, str. 16-18
** Peter Walker, Jak rowery mogą uratować świat, Kraków 2018, str. 118.

poniedziałek, 1 października 2018

Drzewo aktywności

Za nami kolejne święto dąbrowskich organizacji pozarządowych – Festiwal Ludzi Aktywnych w Fabryce Pełnej Życia. Kogóż tam nie było! Kucharze i pszczelarze, muzycy i społecznicy, seniorzy i instruktorzy, panie z kół gospodyń wiejskich i panowie z klubów miejskich, turyści, cykliści, artyści... Przyznam, że obserwowałem to wielobarwne zgromadzenie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony – jestem pełen uznania, ba – podziwu, dla społecznego zaangażowania części dąbrowian, dla ich umiejętności, profesjonalizmu, z drugiej – mam pełną świadomość, że stanowią ledwie garstkę lokalnej społeczności. Jeszcze bardziej blado rzecz wygląda, jeśli porównać dzisiejszą aktywność mieszkańców z tą, jaką przejawiali obywatele Dąbrowy Górniczej w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, gdy przynależność do organizacji politycznych, społecznych, kół samokształceniowych, gimnastycznych czy turystycznych była naturalna jak złoża z takim mozołem dobywane w dąbrowskich kopalniach. Karty monografii, wydanej z okazji setnej rocznicy nadania praw miejskich Dąbrowie Górniczej, pełne są ich nazw i opisów działalności. Temat rzeka i koniecznie trzeba do niego wrócić. Mam nadzieję, że okazji nie braknie. A teraz, jak niektórzy mawiają – do brzegu!

Zawsze grupa ludzi, którym się nie chce lub nie mogą się aktywnie angażować w życie miasta, w proces jego ulepszania, stanowić będzie zdecydowaną większość. Oni oczywiście liczą na zmiany i cieszą się (poza specyficznymi wyjątkami), jak przestrzeń ich życia się  poprawia. Oczekują jednak, że stanie się to bez ich udziału, wysiłku, pomysłów. Dlatego rolą urzędników jest wychodzenie z inicjatywą, stawianie pierwszych kroków czy też zaskakiwanie rozwiązaniami, o których nikt wcześniej nie myślał poważnie.

Mnie ostatnio zachwycił Park Krakowian. Otóż, każdy krakowianin, któremu urodzi się dziecko, może upamiętnić tę chwilę posadzeniem drzewa. Wystarczy tylko w odpowiednim momencie kliknąć rezerwację, wyrażając chęć wzięcia udziału w projekcie. Od tego momentu do akcji wkraczają urzędnicy. Wybierają odpowiednie lokalizacje, przygotowują miejsce sadzenia, kupują drzewa, projektują i przygotowują tabliczki pamiątkowe, a na koniec – pomagają w sadzeniu drzew. W efekcie powstają zalążki wyjątkowych parków, które cieszą nie tylko szczęśliwych rodziców, dziadków czy całe rodziny biorące udział w sadzeniu drzew, ale wszystkich mieszkańców. Warto dodać, że krakowski projekt realizowany jest na działkach wcześniej zaniedbanych, które przekształcane są w miejsca szczególne. Takie, z którymi sentymentalna wieź pozostaje na całe lata.*

W ten sposób urzędnik odrywa się od biurka, stając się współuczestnikiem bodaj najważniejszego wydarzenia w historii lokalnej społeczności – narodzin jej nowego uczestnika. Przede wszystkim jednak tworzy się społeczny kapitał – dziś przez większość badaczy zgodnie określany jako najważniejszy czynnik determinujący rozwój miast. Bo tylko miasta, których mieszkańcy są aktywni, kreatywni i zaangażowani, mogą się rozwijać i przyciągać utalentowanych ludzi. Wniosek z tego taki, że mamy solidną lekcję do odrobienia. Wszyscy, bez wyjątku: wszechwiedzący urzędnicy, multieksperci z profili społecznościowych gotowi na krytykę wszystkich i każdego w dowolnej porze dnia i nocy. I Ty, którego to wszystko po prostu „nie obchodzi”...

* Zob. Piotr Kempf. Zielony wymiar miejskiego szczęścia. W: Miasto na plus. Eseje o polskich przestrzeniach miejskich, Kraków 2017, s. 97.

piątek, 31 sierpnia 2018

Północ-południe-zachód-wschód

Z góry stawiam tezę: usuwanie komunistycznych symboli z przestrzeni publicznej nie przesądza o dekomunizacji. To raczej droga na skróty. I od razu zapraszam w podróż po drogach, moim zdaniem, lepiej przygotowanych do zerwania z balastem przeszłości.

Północne Niemcy, sierpień. Jedziemy. Po drodze mijają nas konne zaprzęgi i inni rowerzyści. Droga gruntowa, wcześniej była z kostki, jeszcze wcześniej kamienista. Ale tu jest środek osady, więc dlaczego droga gruntowa? Bo to Hiddensee, niemiecka wyspa na Bałtyku: niewiele ponad tysiąc stu mieszkańców, prawie 17 kilometrów długości, od 250 metrów do 4 kilometrów szerokości – całkowicie wyłączona z ruchu samochodów. Wyobrażacie sobie: nie ma asfaltowych dróg, przy domach nie stoją garaże, nie ma stacji paliw i warsztatów! Jest zielono, jest morze, jest pięknie: dookoła białe domy, przeważnie kryte strzechą, brak reklam, knajpki kuszą piwem i świeżymi rybami, ludzie ciągną z plaży albo na plażę, do sklepu albo zwiedzać jedną ze stojących tu urokliwych latarni morskich. Całość do złudzenia przypomina kurorty Danii czy Szwecji i w życiu bym nie powiedział, że prawie trzydzieści lat temu Hiddensee była częścią tej siermiężnej NRD.

Południe Niemiec, Stary Rynek w Dreźnie (historycznie najstarsza część saksońskiej stolicy, ale z odległą przeszłością nie ma nic wspólnego), a przy nim, a jakże, Pałac Kultury. Modernistyczne pudełko z 1969 roku po upadku muru zostało pozostawione w samym środku barokowego miasta. Nie tylko pozostawione – wyremontowane, wraz z wielką propagandową mozaiką. To „Droga czerwonej flagi”, na której enerdowska żniwiarka wymachuje sierpem, a czerwona gwiazda świeci nad sojuszem robotniczo-chłopskim. Wszystko to dokładnie naprzeciw, równie pieczołowicie wyremontowanego, drezdeńskiego zamku. W nieodległym saksońskim Chemnitz (za czasów NRD, Karl-Marx-Stad) nie sposób nie natknąć się na wielką głowę Karola Marksa. Dzieło rosyjskiego rzeźbiarza Lwa Kerbela mierzy 71 metrów i stoi tu nieprzerwanie od 1971 roku. Na ścianie bloku stojącego za pomnikiem widać napisy „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” w czterech językach: niemieckim, rosyjskim, francuskim i angielskim. Ale i tutaj, podobnie jak na Hiddensee, można mieć wątpliwości, czy to aby na pewno pozostałości po najlepiej zorganizowanym „demoludzie” w historii? Czy nie mamy do czynienia z dekoracjami do jakiegoś historycznego filmu, ustawionymi w centrach przyjemnych miast, z mnóstwem terenów przeznaczonych wyłącznie dla pieszych, wygodnych dróg dla rowerów, uporządkowanych bulwarów i zadbanych parków?

Tego lata we wschodnich Niemczech kilkakrotnie miałem okazję zwiedzić muzea poświęcone nieboszczce NRD. W niewielkim Redebeul, gdzie mieszkał i  tworzył Karol May, twórca powieści o  dzielnym Winnetou (i  też ma tu swoje muzeum), na czterech poziomach prezentowane jest życie we wschodnich landach od zakończenia II wojny światowej. Zwiedzanie zaczynamy od poznania „aparatu państwowego NRD” z  komunistyczną policją i  strażą graniczną na czele, niżej zaglądamy na enerdowski kamping, do pralni, a  także mieszkań, gdzie królują meblościanki, a  z  telewizorów przemawiają partyjni towarzysze. Możemy nawet wejść do zakładowej szatni, w której porozwieszano kalendarze z „gołymi babami”. A na poziomie najniższym – motoryzacja – królują trabanty, wartburgi, łady i zaporożce. Dla mnie była to podróż od grozy do politowania. Z jednej strony opresyjny aparat, powtarzane z  przekonaniem przez Honneckera i jego popleczników zaklęcia o najlepszym ustroju pod słońcem, z drugiej – dziadostwo, jakie fundowali mieszkańcom wschodnich Niemiec.

Niemcy mają dziś sporo problemów (kto ich nie ma?). Ale nie mają problemu z  pozostałościami komunistycznej przeszłości w przestrzeni publicznej. Między innymi dlatego, że na nowo zorganizowali swoje miasta i sposób, w jaki z nich korzystają. W tej przyjaznej dla pieszych, zielonej przestrzeni, pamiątki z czasów NRD jawią się jako turystyczna atrakcja, ciekawostka. Albo jako część historii, o której trzeba pamiętać, by się nie powtórzyła.

Przecież komunizm nie był groźny dlatego, że budował pomniki. Komunizm był groźny, ponieważ pozbawił ludzi podmiotowości, dążąc do tego, by z obywateli stali się użytecznymi trybami w machinie zmierzającej ku świetlanej przyszłości. By tego dokonać konieczne było rozbicie wspólnoty. Jak wiemy z historii, to się nie udało i komunizm w Europie Środkowej upadł z wielkim hukiem. Ale miasta zaprojektowane i zbudowane tak, żeby podporządkować ludzi np. wielkim socjalistycznym budowlom – zostały. Jedno z nich nazywa się Dąbrowa Górnicza. Metalowi sowieccy żołnierze niedawno z niej odjechali. Trudniej pozbyć się dziadostwa: w naszych parkach, na naszych ulicach, placach i osiedlach. Czas na realną, a nie wyłącznie symboliczną – dekomunizację.