wtorek, 24 października 2017

3 Maja, czyli 250 metrów do uratowania


O liczbach
Od ul. Sobieskiego do ulicy Kadena-Bandrowskiego jest około 250 metrów. Pokonanie tej odległości pieszo zajmuje 3 minuty. Od lat na ul. 3 Maja obowiązuje zakaz parkowania. Przed 5 października 2017, kiedy wystartował projekt „Żywa Ulica”, codziennie przestrzeń dla pieszych blokowało tu ok. 50 samochodów (parkowały nielegalnie). Z obserwacji monitoringu wynika, że na 3 Maja przeważają samochody przejeżdżające przez ulicę (łamiące zakaz ruchu), samochody mieszkańców (wjeżdżające lub wyjeżdżające z bram) stanowią zaledwie 30%. Wiosną bieżącego roku przeprowadzono ponad 150 pogłębionych wywiadów z przedsiębiorcami z centrum Dąbrowy Górniczej. Przedstawicieli mikro- i małych firm działających głównie przy ul. 3 Maja poproszono m.in. o odpowiedź na pytanie, jak w przeciągu ostatnich trzech lat zmieniała się sytuacja w ich przedsiębiorstwie. Dominowała stagnacja: 88% spośród ankietowanych nie zwiększyło zatrudnienia, 87% nie zwiększyło zasięgu działania, 10% zmniejszyło inwestycje, 70% utrzymało je na dotychczasowym poziomie. W innym tegorocznym badaniu 500 mieszkańców Dąbrowy Górniczej wśród najlepiej ocenianych aspektów jakości życia w centrum Dąbrowy Górniczej wymieniło centrum handlowe „Pogoria” (aż 93% ocen pozytywnych). Ci sami dąbrowianie ulicę 3 Maja określali jako wymarłą, opanowaną przez banki (w rzeczywistości stanowią one ponad 20% wszystkich usług w parterach), oszpeconą reklamami, zapchaną samochodami, nieprzyjazną. Najświeższe dane, zebrane jesienią br. w trakcie projektu „Żywa Ulica” (około 200 opinii, głównie mieszkańców), potwierdziły złą ocenę ulicy (72,7% wskazań). Jednocześnie aż 80% respondentów uznało ul. 3 Maja za niebezpieczną (większość głosów w tej kwestii wiązało się z poczuciem zagrożenia wynikającego z intensywnego ruchu samochodowego).

O ludziach
„Podupadłe, kiepsko utrzymane przestrzenie są rezultatem nieinwestowania w sferę publiczną, wiążą się z brakiem wiary w przyszłość miasta – stają się miejscami do wytrzymania, nie do doświadczania”* - pisze Deyan Sudjic w książce „Język miast”. Zdanie to dobrze pasuje do ul. 3 Maja. Niegdysiejsza główna arteria Dąbrowy Górniczej (dziś stoi tu 9 kamienic wpisanych do ewidencji zabytków) od lat pogrąża się w beznadziei. Do tego stanu rzeczy w dużym stopniu przyczyniła się „modernizacja” przeprowadzona kilkanaście lat temu. Zlikwidowano wówczas klomby z zielenią, słupkami wydzielono pas ulicy tylko dla samochodów, co prowokowało kierowców do rozpędzania się, zamontowano ławki w sposób często uniemożliwiający korzystanie z nich i na koniec poustawiano znaki zakazu, ale ich nie egzekwowano. W rezultacie 3 Maja stała się elementem egoistycznej gry, w której interesy poszczególnych graczy (pracownicy banków parkujący pod drzwiami od rana do zakończenia dniówki, kierowcy skracający drogę, przedsiębiorcy bez opamiętania zapełniający reklamami witryny, elewacje i skwery, etc.) w ogóle nie uwzględniają faktu, że ul. 3 Maja to przestrzeń wspólna. Z tego stanu rzeczy od lat konsekwentnie korzysta pobliskie centrum handlowe – kładka nad ul. Sobieskiego działa jak „rura od odkurzacza” wysysająca resztki życia ze zdegradowanej przestrzeni.

O projektowaniu
W tej sytuacji zdecydowaliśmy się sięgnąć po środki nadzwyczajne, angażując do projektowania zmian architektów i socjologów, którzy pracują w oparciu o dane zebrane od mieszkańców podczas prototypowania. Warto podkreślić – podstawowym zadaniem tych ludzi jest stworzenie projektu nowej, atrakcyjnej ul. 3 Maja. Ustawianie kolorowych ławek i donic z płyt OSB czy malowanie niebieskich pasów na jezdni daje możliwość przyjrzenia się konsekwencjom rozwiązań przed ich realizacją w ostatecznym kształcie. Odbywa się to w skali 1:1, w przestrzeni, która w przyszłości zostanie zmieniona.

O obyczajach
Projektant 3 Maja, Paweł Jaworski z Fundacji Napraw Sobie Miasto, zauważa: Gdy ludzie krzyczą: „Ja!” poprzez szyldy i reklamy swoich sklepów lub lokali usługowych, fatalną kolorystykę elewacji własnych budynków oraz w formie wypowiedzi zaczynających się od „Ale moim zdaniem...”, wygłaszanych stanowczo na wszystkich spotkaniach publicznych, nie wywołuje to szczególnego poruszenia i gwałtownych reakcji. Natomiast meble miejskie lub wzory wymalowane na nawierzchni ulicy, które chcą się przebić przez tę powódź egoizmu z komunikatem: „Porozmawiajmy o tym, co wspólne!”, są kiczem, bezguściem i tandetą. Tymczasem Żywa Ulica” to dyskusja o wzajemnym korzystaniu z przestrzeni publicznej, której zawsze jest za mało, żeby spełnić wszystkie żądania. I to dlatego, od samego początku, nie prowadzimy abstrakcyjnej rozmowy opartej na atrakcyjnych wizualizacjach, ale negocjujemy proporcje pomiędzy różnymi formami zagospodarowania ulicy, którą trzeba uratować. Bo o to tutaj, nomem omen, chodzi.

* Deyan Sudjic, Język miast, Kraków 2017, str. 261.

niedziela, 1 października 2017

Na kółkach, za kółkiem i na głowie

W połowie września po Dąbrowie Górniczej rozeszła się wiadomość straszna – przez półtora miesiąca przejazd kolejowy na ul. Konopnickiej będzie zamknięty z powodu budowy ronda łączącego ul. Kolejową, Konopnickiej i  Poniatowskiego. Od razu też w  internetowym obiegu pojawiły się dwie dominujące opinie na temat zaproponowanego rozwiązania – rondo jest po to, by zwiększyć korki, albo, w łagodniejszej formie, po to, by korki w tym rejonie pozostały takie same. Uwadze komentatorów umykał fakt, że w wyniku wprowadzanych zmian ul. Poniatowskiego przestanie być ślepa, że jest to pierwszy etap zapowiadanych zmian w układzie komunikacyjnym wokół dworca Dąbrowa Górnicza Centrum oraz że korki w tym miejscu powodują przede wszystkim zapory na przejeździe kolejowym i tak długo, jak długo będą się co jakiś czas zamykać, żadne rondo nic tu nie pomoże. W każdym razie, póki co, ulice Konopnickiej, Kolejowa i Poniatowskiego są zablokowane, co z kolei w niekorzystny sposób odbija się na ruchu w całym śródmieściu Dąbrowy Górniczej.

Dlaczego? Otóż Dąbrowa Górnicza jaką znamy dzisiaj, nie powstała przypadkiem. Została zaprojektowana, ponad 40 lat temu, jako niezbędny dodatek do Huty Katowice. W zakresie transportu najważniejszy problem, z jakim zmagali się ówcześni planiści, polegał na tym, by jak najszybciej dziesiątki tysięcy ludzi dowieźć do kombinatu i, po skończonej pracy, jak najsprawniej odwieźć ich do domów, a konkretnie – do bloków. Piesi, rowerzyści? A kto by się nimi przejmował. Najważniejsza była wydajność. Przecież tysiące ton stalowej surówki nie mogły czekać aż jakiś rowerzysta dojedzie do pracy. Skoro tak, trzeba przyznać, że główny układ komunikacyjny z  wielopasmową drogą przecinającą miasto i szeroką linią tramwajową sprawdzał się nie najgorzej.
W  XXI wieku okazało się jednak, że większość dąbrowian nie pracuje już w Hucie Katowice i potrzebuje dojechać także w inne miejsca. W tym celu mieszkańcy rozpoczęli przesiadkę do samochodów. Z czasem było ich więcej i więcej. Aż niepostrzeżenie utrwalił się pogląd, że transport w  Dąbrowie Górniczej równa się samochód. Piesi i rowerzyści po raz kolejny znaleźli się na marginesie. Także w dosłownym sensie. Przyjrzyjcie się Państwo tym żółto-czerwonym barierkom z herbem miasta. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest ich za dużo. Jednak tu nie ma mowy o przypadku – to kolorowe paskudztwo zostało ustawione w taki sposób, by odseparować pieszych od samochodów – w interesie tych drugich. W efekcie kierowcy po Dąbrowie poruszają się czymś na podobieństwo krótkich rynien, zachęcających do agresywnej jazdy. Odruchowo przyspieszają (z badań wynika, że w skrajnych przypadkach nawet do 130-140 km/h), by zaraz potem hamować przed rondem lub na światłach.


Jednocześnie wzrostowi znaczenia prywatnego transportu samochodowego przez lata towarzyszył spadek znaczenia komunikacji publicznej. Ostatnie analizy zlecone przez urząd miejski w celu opracowania nowej polityki transportowej potwierdzają silny trend odwrotu dąbrowian od autobusów, tramwajów i podróżowania pociągami. Ale czy mogło być inaczej, skoro w tym obszarze nic się nie zmieniło od czasów, kiedy w latach 70. stworzono dąbrowską sieć transportu publicznego? Przecież tramwaje wciąż, jak gdyby nigdy nic, ścigają się z  autobusami na tej samej trasie w kierunku huty. Czy mogło być inaczej, jeżeli przez lata wydawało się, że spółki kolejowe całą energię poświęcają na zmniejszanie ilości połączeń i likwidację kolejnych dworców?

Dziś zamknięcie jednego przejazdu korkuje całe miasto. Powodem jest brak alternatywy dla prywatnych samochodów. Przesądziły o tym decyzje planistyczne podjęte w Dąbrowie Górniczej kilkadziesiąt lat temu, kiedy inne opcje nie mogły powstać, oraz późniejsze podporządkowanie układu komunikacyjnego z myślą o prywatnych samochodach jako najwydajniejszym środku transportu. 

Jak słusznie zauważa Janette Sadik-Khan, autorka książki „Walka o  ulice”: „samochody nie utykają w korkach, samochody tworzą korek”. Dlatego jeśli chcemy, żeby w przyszłości więcej osób przemieszczało się autobusem, pociągiem, rowerem lub pieszo, musimy już dziś inwestować w  autobusy, pociągi, rowery i  lepsze ulice. Jeśli chcemy, by w przyszłości Dąbrowa Górnicza była miastem lepiej zorganizowanym, przyjaznym seniorom i młodzieży, bezpiecznym, musimy już dziś pracować nad zmianą przestrzeni publicznych – na przyjazne ludziom, nie samochodom, pozbawione barier, a nie obstawione barierkami. 

* Janette Sadik-Khan i Seth Solomonow, Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi, Kraków 2017, str. 185.

piątek, 25 sierpnia 2017

Zielone światełko zmian

Dla mnie ta historia zaczęła się 11 listopada 2016 roku w trakcie świątecznego przemarszu spod bazyliki. Szliśmy sobie w świątecznym nastroju i rozmawialiśmy, niespiesznie, ze Zbigniewem Łukasikiem, wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej w Dąbrowie Górniczej. A rozmawialiśmy o tym co dookoła. Ja marudziłem, że to nasze miasto wygląda jakby ktoś chory na zaburzenia wzrokowe go pokolorował, a reklamami poobwieszane jest jak na ruskim targu, Pan Zbigniew też coś narzekał, chyba że zimno, bo zimno było jak na Syberii. I nagle, jak już do Placu Wolności w przemarszu dochodziliśmy, odezwał się – A wie pan co? To może niech się pan tym blokiem na Górników Redenu zainteresuje, bo zdaje się, że ma być remontowany…

Ja na blok spojrzałem i kwintesencją problemu mi się zdał, bo cały był w szyldach, poobwieszany bannerami i zdominowany wielkoformatową płachtą. Trzeba działać – pomyślałem i za pośrednictwem radnego Piotra Hałudy umówiłem się na spotkanie z przedstawicielami wspólnoty mieszkaniowej.


Dobra rada konserwatora

W trakcie rozmowy okazało się, że wykończenie elewacji mieszkańcy Górników Redenu 2 konsultowali z wojewódzkim konserwatorem zabytków. Ten, jak wynikało z przekazu, miał powiedzieć, że nic mu do tego, ale skoro już zapytali to odradza stosowanie klinkieru na parterze, bo blok konkurencji z cegłą Pałacu Kultury Zagłębia nie wygra. Sugestię konserwatora uwzględniono w projekcie zmian. Przekonałem się o tym kilka dni później, gdy otrzymałem projekt modernizacji. Na wydruku widać było popielaty elegancki budynek z charakterystycznymi zaokrąglonymi balkonami. Było dobrze. Miało być jeszcze lepiej.

Wspólnota interesów

Jakiś czas po tym odbyło się spotkanie urzędników z przedstawicielami wspólnoty mieszkaniowej. – A co z reklamami? – padło pytanie. Zarabiamy na nich, dlatego w projekcie modernizacji przewidzieliśmy montaż linek na których będą wisiały. Z drugiej strony z bólem, (a słowo ból przez „ó” kreskowane wymawiali) musimy przyznać, że szkoda byłoby zmarnować trud i wielkie zaangażowanie w to, by nasz dom wyglądał jak nowy – mówili mieszkańcy. Po czym zaczęli recytować całą litanię nierozwiązanych przez lata problemów. Jeden z nich szczególnie strzelisty się wydawał. Był nim od dawna nieużywany wielki komin nad „Stylową” – własność MZBM-u. Bardzo komplikował modernizację i nadawał się tylko do zburzenia. W tym miejscu do akcji wkroczył Damian Rutkowski, zastępca prezydenta. W efekcie, dziś próżno nad „Stylową” szukać komina.
Od tej pory poszło już z górki. Ustaliliśmy z członkami wspólnoty, że dotychczasowy reklamowy bałagan zastąpimy stylową instalacją świetlną z hasłem i logo Dąbrowy Górniczej, określiliśmy wysokość dzierżawy za korzystanie z powierzchni, omówiliśmy projekt i wspólnie z wykonawcą robót przystąpiliśmy do poprawy wizerunku bloku.


Komu to służy?

Wszystkim. Przede wszystkim członkom wspólnoty, którzy dziś są właścicielami mieszkań wartych więcej niż przed modernizacją. Także dlatego, że ich mieszkania znajdują się w estetycznym bloku. Nie wierzycie! Zapytajcie dąbrowskich deweloperów dlaczego nowobudowanych budynków nie malują na różowo i nie obwieszają reklamami? Otóż mieszkania w blokach pomalowanych na biało lub w kolory stonowane (szare, piaskowe) sprzedają się szybciej i za drożej. Bo ludzie nie kupują tylko wymarzonych 50 czy 70 metrów, a dużo więcej: lokalizację, otoczenie, standard wykonania i – co równie ważne – estetykę zewnętrza budynku.
Przy okazji kawałek atrakcyjnej przestrzeni w śródmieściu zyskali wszyscy dąbrowianie. Jest bowiem swoistym paradoksem, że człowiek, który wymalował sobie, dajmy na to wieżowiec, na seledynowy i jaskrawożółty, wchodząc do domu uwalnia się z konieczności „podziwiania” efektu swej estetycznej nonszalancji, pozostawiając to tym, którzy obok jego bloku przechodzą i przejeżdżają. To dlatego coraz częściej w Dąbrowie Górniczej mówimy o przestrzeni wspólnej, która jako taka wymaga szczególnego traktowania.

Przy okazji

Jakiś czas temu Marcin Bazylak, pierwszy zastępca prezydenta, ogłosił że w nowym planie zagospodarowania przestrzennego na obszarze mniej więcej od ul. Józefa Cieszkowskiego (jeszcze niedawno Cedlera) do ul.  Poniatowskiego przy malowaniu budynków obowiązuje zasada: kolor podstawowy (wyraźnie określony) + 20% dowolnego koloru dodatkowego, do tego dochodzą jasne zasady używania materiałów elewacyjnych i zamieszczania reklam. Wyraźnie przy tym zaznaczono, że plan dotyczy tylko nowych inwestycji i remontów. Pojawiające się tu i ówdzie opowieści o przemalowywaniu niedawno pomalowanych dąbrowskich bloków są zatem wyssane z palca. Wielbiciele różowo-błękitnych i brązowo-zielonych okazów z wielkiej płyty mogą spać spokojnie.


Instalacja świetlna dla aktywnych (kulturalnie, biznesowo, w trosce o przyrodę, naukowo, sportowo i na sto innych sposobów) od niedawna promuje hasło Dąbrowy Górniczej i zwiększa atrakcyjność dąbrowskiego śródmieścia. 
Blok przy ul. Górników Redenu 2 w Dąbrowie Górniczej - stan po remoncie, sierpień 2017.
Blok przy ul. Górników Redenu 2 w Dąbrowie Górniczej - stan przed remontem, źródło Google Maps.



piątek, 23 czerwca 2017

Paryż nie śpi...


W roku 1961 dąbrowska kopalnia węgla kamiennego zatrudniała ponad 6 tysięcy osób i była jednym z najważniejszych zakładów pracy w regionie. Kiedy ostatecznie ją zamknięto 31 grudnia 1996 roku, zakończyła się historia górnictwa w  Dąbrowie Górniczej. Historia, którą zapoczątkowało otwarcie kopalni „Reden” w roku 1796. Tym samym dwieście lat naszej lokalnej historii, tradycji, tożsamości straciło odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ta kopalnia nazywała się „Paryż”. Jakże inspirujące miejsce, co za nazwa! A skoro przed nami wakacje, proponuję przenieść się do stolicy Francji. Od razu zapowiadam pointę, a niecierpliwych zapraszam do przeczytania ostatniego akapitu poniższego tekstu.

Paryż jest szary, Dąbrowa kolorowa.
Panorama Paryża ze stojącej na szczycie wzgórza Montmartre bazyliki Sacré-Cœur (Najświętszego Serca) zachwyca. Widać stąd całe miasto, z jego odwieczną historią, od prapoczątków, przez epokę żelaza, celtyckie plemię Paryzjów, okres panowania Rzymian, Merowingów, Karolingów, Kapetyngów i innych francuskich monarchii, i  od Wielkiej Rewolucji Francuskiej, czasów cesarstwa, belle époque aż po współczesność. Pod nami morze: kościołów, gmachów, pałaców, współczesnych bloków i słynna żeliwna wieża. Wszystko, z wyjątkiem centrum sztuki współczesnej, w tych samych kolorach: szarym, beżowym, białym, gdzieniegdzie cegła. Nie do wiary! Jakieś, co najmniej, tysiąc pięćset lat trwałej, konsekwentnej zabudowy i nikt nie wpadł na pomysł, by odmalować sobie kamienicę w wesoły różowy albo pstrokaty zielony. A najważniejsze, że ludziom się to podoba, po to ciągną tu turyści z całego świata – zobaczyć Paryż, a w jego panoramie wyraźne zielone połacie – parki i bulwary.

Parki są dla ludzi, nie dla samochodów.
We francuskiej stolicy jest ponad 400 parków, ogrodów i innych terenów zielonych – od geometrycznych, założonych w  XVII wieku, po postmodernistyczny ogród Andre Citroëna na skraju XV dzielnicy. Tylko w ciągu ostatnich 20 lat w mieście powstało ponad 100 hektarów terenów zielonych. Najważniejsze jednak, że wszystkie są ogólnodostępne, przyjazne (większość alejek i placów ma naturalną nawierzchnię) i w szczególny sposób chronione. Nie przed ludźmi (dawno już z paryskich parków zniknęły tabliczki z napisem „Zakaz wchodzenia na trawę”), ale przed budowlańcami i samochodami. Publiczne przestrzenie parków, skwerów i bulwarów, raz wytyczone, nie ulegają zabudowie, a dostęp do nich własnym samochodem jest niemożliwy. Tymczasem w Dąbrowie Górniczej największe parkingi śródmieścia wytyczono dokładnie w parku. Co więcej, pojawiły się głosy, by te parkingi powiększyć, bo przecież mamy coraz więcej samochodów. Spacerowicze? A niech się przeciskają po asfalcie pomiędzy naszymi lśniącymi dieselami – odpowiadają dąbrowscy miłośnicy parkowania w parkach. A wracając do Paryża, zaparkowanie samochodu w tym mieście to coś z gatunku mission impossible. Dlatego ja zdecydowanie polecam rowery, które można wypożyczyć i oddać niemal na każdym rogu.

Rower jest szybki, samochód stoi w korku.
Miasto nad Sekwaną usiane jest siecią systemów wypożyczalni rowerów (Vélib) i  samochodów elektrycznych (Autolib). Te pierwsze oddalone są od siebie o około 300 metrów, a specjalna aplikacja pozwala na ich szybkie namierzenie i łatwe wypożyczenie. Dzięki aplikacji, mapom i tablicom informacyjnym dowiemy się także, gdzie nasz wyposażony w przerzutki, oświetlony i wygodny rower można zostawić. Do dyspozycji paryżan i turystów oddano prawie 24 tysięcy takich pojazdów dostępnych przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu. I co najważniejsze – cena! Za jeden dzień zapłacimy 1,70 Euro, za tydzień 8 Euro. To najtańszy sposób podróżowania po Paryżu. I jeden z najszybszych. Sieć paryskich dróg i  ścieżek rowerowych wymaga rozbudowy, ale i tak po kilku dniach korzystania z roweru systemu Vélib z coraz większą satysfakcją mija się stojące w korkach samochody. A Paryż to jest rozległe miasto, wyliczyłem, że z Placu Bastylii lub spod Katedry Notre-Dame pod Wieżę Eiffla trzeba przejechać ok. 10 kilometrów. To mniej więcej dystans równy temu od skrzyżowania alei Róż z ul. Królowej Jadwigi w centrum Dąbrowy Górniczej do zamku w Będzinie, i z powrotem. W ten sposób można dwukrotnie przejechać obok byłej kopalni „Paryż” – niemal 50 hektarów zdegradowanego obszaru.

Jak obudzić „Paryż”? – takie pytanie kilka lat temu postawili sobie architekci, urbaniści oraz studenci uczelni technicznych i ekonomicznych z całej Polski w trakcie warsztatów charette Grand Paris poświęconych rewitalizacji dąbrowskiej kopalni. Ich efektem jest wydawnictwo, które niedawno wpadło mi w ręce. Nazywa się „Paryż nie śpi”. Owszem, nie śpi – byłem tam, zobaczyłem, odpocząłem na trawie, przejechałem rowerem. Polecam do zastosowania w... Dąbrowie Górniczej – toutes proportions gardées.

piątek, 19 maja 2017

Jak Bogoty pragnę

Na progu XXI wieku kolumbijska stolica uchodziła za piekło na ziemi. Z charakterystycznym dla południowoamerykańskich miast rozwarstwieniem społecznym objawiającym się w postaci strzeżonych enklaw luksusu i chaotycznych dzielnic nędzy, stłamszona przez nadmierny ruch samochodowy, zanieczyszczenie środowiska, była skazana na klęskę. Spory dotyczyły tylko tego, jak szybko nastąpi ostateczny upadek Bogoty (trzy czwarte mieszkańców twierdziło, że będzie im się żyło już tylko gorzej). Jednak pojawili się ludzie, bo było ich dwóch, choć w tym miejscu skupię się tylko na jednym z nich, którzy odwrócili bieg rzeczy. Na nowo ukształtowali wielkomiejskie życie i sprawili, że południowoamerykańskie miasto społecznych kontrastów i występku stało się źródłem zmian, z wielką uwagą obserwowanych i opisywanych przez socjologów i urbanistów na całym świecie.

Enrique Peñalosa, gdy w  roku 1997 ubiegał się o fotel burmistrza, przekonywał, że szczęście i pomyślność mieszkańców Bogoty nie wynikają wprost z poziomu dochodu na głowę, bo gdyby tak było, musieliby pogodzić się z tym, że są społecznością o drugo, a nawet trzeciorzędnym znaczeniu, czyli uznać, że stanowią jedynie bandę nieudaczników. Dlatego Peñalosa nie obiecywał mieszkańcom samochodu w każdym garażu czy jakiejś socjalistycznej rewolucji. Nie tędy droga – powtarzał. Jego obietnica była prosta – obiecał sprawić, że mieszkańcy prawie 9-milionowego miasta w Andach poczują się szczęśliwsi *.

W tym miejscu zaczyna się historia „burmistrza od szczęścia”, którego pierwszym i najbardziej pamiętnym posunięciem było wypowiedzenie wojny, nie przestępczości, narkotykom czy nędzy, tylko prywatnym samochodom. Uniemożliwił dojeżdżanie kierowcom do pracy częściej niż trzy razy w tygodniu, po czym odrzucił plan rozwoju autostrad, przeznaczając środki budżetowe na setki kilometrów ścieżek rowerowych, nowe parki i skwery (stworzono sieć sześciuset tego rodzaju obiektów, od niewielkich osiedlowych plam zieleni, po śródmiejski park o  powierzchni większej od nowojorskiego Central Parku) oraz sieć bibliotek, szkół i żłobków. Przede wszystkim jednak Peñalosa wywrócił do góry nogami doświadczenie podróżowania transportem publicznym. Jego TransMilenio, nowoczesne, wygodne autobusy, zajęły najdogodniejsze przestrzenie na arteriach kolumbijskiej stolicy, pozostawiając prywatnym samochodom i taksówkom jedynie ochłapy jezdni, o które mogą ze sobą zaciekle walczyć. Nakazał przy tym usunięcie tysięcy szpecących miasto bilbordów, zlikwidował płoty, jakimi mieszkańcy poodgradzali osiedlowe skwery i wypowiedział wojnę każdemu, kto usiłował przywłaszczyć sobie przestrzeń publiczną. Ten śmiały plan przysporzył mu na początku wielu wrogów. Właściwie – samych wrogów. Zapamiętano jednak, co burmistrz powiedział w  trakcie swego inauguracyjnego przemówienia, że tylko takie miasto, które szanuje istoty ludzkie, może oczekiwać, że jego obywatele również będą okazywać mu szacunek. Obiecał przy tym niejako wbudować ten szacunek w tkankę Bogoty, używając do tego betonu, stali, roślinności i trawników. W efekcie, jak wykazują późniejsze badania, Bogota stała się miastem cenionym przez mieszkańców, nie ze względu na równość dochodów (to utopia, niemożliwa do realizacji), ale na równość pod względem jakości życia, a ponadto takie środowisko, w którym nikt nie czuje się gorszy ani wykluczony.

A co to ma wspólnego z nami? Otóż stawiam tezę, że Dąbrowa Górnicza jest miastem uzależnionym od samochodów. W takim mieście, mniej więcej co trzeci mieszkaniec skazany jest na łaskę i  niełaskę archaicznej komunikacji publicznej lub kogoś, kto musi go wszędzie podwozić. Oczywistymi ofiarami tego stanu rzeczy są dzieci uwięzione w domach, pozbawione możliwości chodzenia piechotą do szkoły i swobodnego spotykania się z przyjaciółmi w przyjaznej przestrzeni miejskiej. Jeszcze gorzej mają osoby starsze, które same nie prowadzą samochodów. W rezultacie rzadziej wybierają się do lekarza czy na spotkania towarzyskie. Po prostu tkwią w domach. A jeśli do tego dodamy, że ubywa parków, skwerów, a przy ulicach rośnie coraz mniej drzew, bo samochody muszą przecież gdzieś zaparkować, zauważymy, jak wiele jest do zrobienia. Jak mówi Peñalosa – wasze ulice nie są dla wszystkich, dopóki nie możecie sobie wyobrazić poruszającego się nimi swobodnie ośmio lub osiemdziesięciolatka. Dąbrowianie, możecie to sobie wyobrazić?

* Zob. Charles Montgomery, Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta, Kraków 2015

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Refleksje człowieka spacerującego

Plac świecił pustkami, wiało z południa, drażniąc nozdrza wonią psich odchodów, słońce skrywały ołowiane chmury, huczały samochody, zgrzytały tramwaje, ludzie chowali się za przystankowe wiaty pooblepiane brudnymi plakatami. Nie zapowiadało się dobrze, ale ruszyliśmy w stronę parku Hallera, na pierwszy tegoroczny spacer badawczy – nowe śródmieście, nowe parki, nowe miasto obmyślać. Była połowa marca 2017 roku, a mnie dopadło deja vu, myśl nieznośna, że ja to już widziałem, ba – gdzieś nawet o tym napisałem. I przypomniał mi się tekst sprzed dziesięciu lat, w którym dałem opis ówczesnego centrum Dąbrowy Górniczej. Dziś przywołuję go w skróconej wersji i nieco poprawiony, by nie razić nadmierną dosadnością:

„Proszę stanąć w  centrum, na przystanku w kierunku Gołonoga, tyłem do Pałacu Kultury. A  teraz lecimy: od lewej widać dwa niebieskie przenośne kible przy postoju taksówek, dalej w  prawo i mijamy trzy tablice reklamowe skutecznie zasłaniające park, tuż za nimi „kosmiczny” dekiel z piwem, obok jaskrawoczerwona buda z fast foodem, w głębi blaszane pudła z przeróżnym dziadostwem (plastikowe kwiaty, znicze, szmaty), i wreszcie on – DOM HANDLOWY CENTRUM – absolutne cudo! Z  betonu, szkła i  stali. Ale trudno docenić jego funkcjonalne piękno, bo poobklejany jest reklamami i foliami od parteru aż po dach. I dalej w prawo. Mijamy tablicę „że Unia coś tam” i patrzę hen na fasadę byłego kina w brudne paski, ale jakby nie paski, bo powygryzane jakieś, a pod nimi syf plakatów, ulotek i śmieci w stalowych czarnych ramach, a obok... Jest! Nareszcie! – prawdziwa Restauracja i w dodatku Pizzeria. Ale taka jakaś, jak się do środka wejdzie, jakaś taka…, a dalej już cały ten plac z pałacem, co to może i może być, ale dookoła poobwieszany banerami... Tak i ja kółko zatoczyłem i dalejże do kibelka niebieskiego, przenośnego, co w samym środku miasta stoi. I  powiadam Wam – nie ma takiego drugiego centrum miasta na całym świecie, żebyś sobie mógł na takie g... popatrzeć, a potem spokojniutko, do przenośnego pójść i się załatwić”.

A przecież przez ostatnie 10 lat ciągle coś tu robiono: remontowano, wymieniano, malowano. Czego zatem zabrakło? Dla uczestników marcowego spaceru badawczego odpowiedź na tak postawione pytanie była oczywista – zabrakło myślenia o tym, że place, ulice, chodniki, parki muszą, podkreślam – muszą – być miejscami przyjaznymi dla ludzi. Takimi, w których ludzie dobrze się czują, do których z przyjemnością wracają, a w porywach lokalnego patriotyzmu bywają z nich dumni. Mówił o tym w połowie marca 2017 w Gdańsku Jan Gehl, światowej sławy duński architekt i  urbanista. Swój wykład zaczął od nazwania modernistycznej architektury gównianą (co za zbieżność), by w  dalszej kolejności stwierdzić: „Trzeba po prostu brać pod uwagę to, jakim my – ludzie – jesteśmy gatunkiem. Przez lata w miastach o tym zapominaliśmy. Uszczęśliwialiśmy kierowców, wieżowce i deweloperów. A powinniśmy budować miasta na ludzką miarę. Jeśli przyjrzeć się miastom określanym mianem przyjaznych, tym, które regularnie przewodzą rankingom jakości życia, łatwo zauważyć, że słyną one z dobrych przestrzeni publicznych, a w planowaniu na pierwszym miejscu stawiają człowieka”.

Dlatego tak ważne są organizowane obecnie konsultacje i działania planistyczne w ramach rewitalizacji śródmieścia Dąbrowy Górniczej. Bez udziału dąbrowian w tym procesie nie będzie przyjaznego miasta. Zachęcam więc do dyskusji w klubach osiedlowych, rozmów o Fabryce Pełnej Życia i udziału w spacerach, nie tylko badawczych. Idzie wiosna, wykorzystajmy to.

Foto, 17 marca 2017.
Park Hallera, centrum Dąbrowy Górniczej, główne przejście podziemne i Plac Wolności, czyli: asfalt, beton, behaton, żelastwo, plastik, śmietnik, chaszcze.





























środa, 22 lutego 2017

Dwa bloki, dwa światy, dwa cytaty

Pierwszy blok – centrum epidemii 

Do dziś nosi dumną nazwę Superjednostki. Zbudowany w latach 70. jako jeden z symboli Dąbrowy Górniczej, pojawiał się na pamiątkowych albumach, folderach, pocztówkach. Pamiętam, jak na jego tle fotografowałem syna. Fotografie czarno-białe, Staś ubrany w kraciastą kurtkę, blok biały, poprzecinamy czarnymi pasami, robił dobre wrażenie. Wprawdzie z daleka, bo przecież z azbestu, kiepskiego betonu i peerelowskiego paździerza był zrobiony. Ale i tak mniej był byle jaki od innych, jakby lepszy. I to od niego się wszystko zaczęło. Bodaj w roku 2011 Superjednostkę poddano termomodernizacji, przy okazji malując. Wyraźne podziały i kontrastową kolorystykę zastąpiono wykwitem brudnożółtego w  zielone (pionowe) i takie jakieś buroceglane (poziome) pasy. I nic już nie mogło uratować miasta przed chorobą. Kolorowa zaraza rozlała się na całą Dąbrowę, przybierając barwy wszelakie, wściekły pomarańcz z różowym się spierał, a pasy pionowe w  konkurencji z poziomymi się zwarły. I tak dalej, bez opamiętania, byle inaczej, barwniej, byle nasza wspólnota bardziej kolorowa i paskowata była od ich wspólnoty pastelowej, a spółdzielnia nasza bardziej pionowa od ich w kwadraty spółdzielni. Aż żagiel wielki i czerwony powiał z gołonoskiego bloku na 100-lecie, a dom towarowy w centrum czerwonym i groszkiem kusić, jak diabli, zaczął.

 

Cytat telewizyjny 

W sobotni lutowy poranek „Dzień dobry TVN” budzi widzów materiałem „Kolorowe osiedla”, ukazującym problem, który Jarosław Trybuś, krytyk architektury i autor „Przewodnika po warszawskich blokowiskach” określił w sposób następujący: „Najgorzej, jeśli marną architekturę, a przecież większość bloków taka właśnie jest, chce się przekształcić na siłę za pomocą malowania w wybitne budynki. To się nie może udać. Takie bezmyślne kolorowanie bloków to jak ubieranie małpy w sukienkę. Zawsze będzie groteskowe.”* Tyle, że w telewizji nie pokazują blokowisk warszawskich, a głównie dąbrowskie. Prof. Dariusz Gajewski z katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, analizuje sposób, w jaki pomalowano niektóre z nich. Widać, że w obliczu fantazji dąbrowskich malunków pozostaje bezradny. Analizując pomalowany w żywe kolory blok w  Gołonogu, zauważa, że rosnące przy nim drzewa, gdy się zazielenią, będą wyglądały jakby były brudne. Natura przegra z wściekle zielonym kolorem użytym do malowania fasady. „Kiedyś z moją przyjaciółką rozmawialiśmy w hurtowni. I ona się wtedy zastanawiała, po co w ogóle w tej palecie barw są kolory fluorescencyjne? Niemożliwe, żeby one były w ogóle wykorzystywane! Okazuje się, że one są wykorzystywane.” – ze zdumieniem konstatuje prof. Gajewski. Materiał trafia na „DG News”, pod postem 350 lajków i prawie 70 wpisów.

 

Cytat literacki 

Dąbrowę Górniczą wspomina Krzysztof Varga, w ostatniej części reportażowej trylogii z podróży po Węgrzech**. Przy okazji pobytu w stolicy węgierskiego górnictwa, pisze: „Przypominała mi nieco Tatabanya Dąbrowę Górniczą, też miasto-blokowisko, w którym klocki ośmiopiętrowców tak samo pokryto maskującą tapetą różowych, seledynowych i waniliowych tynków. […] Krążyłem zatem pomiędzy starymi kadarowskimi blokami z wielkiej płyty, szarymi i tymi odnowionymi z prawdziwą kolorystyczną brawurą, i upewniałem się, że Tatabanya jest jednym z najbrzydszych, najsmutniejszych i najmniej inspirujących miast.”


Drugi blok – ozdrowienie 

Ma tylko dwie klatki, trzy kondygnacje, stoi skromnie, ukryty, choć to prawie centrum. Blok przy ul. Starej 15 wygląda jak z innego świata: umiaru, elegancji, skromności. Świeżą elewacją w stonowanych odcieniach beżu odcina się od dąbrowskiej krzykliwej powszechności. I co najważniejsze – nie jest sam. Nieopodal przecież w podobnie nienachalny sposób pomalowano blok przy ul. Skibińskiego 2a, Skibińskiego 5, Cieplaka 1b, Augustynika 7 czy Augustynika 9. Łączy je jeszcze jedno – to budynki remontowane niedawno, podobnie jak ten przy ul. Okrzei 7. Czyżby więc nastąpił odwrót? Czyżby dąbrowianie dostrzegli chorobę, której wirus przez ostatnie lata korzystał z nosiciela termomodernizacji? Chorobę, która uczyniła nasze miasto architektonicznym antyprzykładem. Miejmy nadzieję, że tak i cieszmy się z  każdego nowo pomalowanego bloku, którego elewacja, zamiast dominować nad wspólną przestrzenią, wpisuje się w nią, jak ta przy ul. Starej 15.

* Cyt. za: Filip Springer. Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wołowiec 2013
** Krzysztof Varga. Langosz w jurcie, Wołowiec 2016