czwartek, 20 grudnia 2018

Prawdziwy problem


Zdjęcie z komentarzem
Jest ich 19, ustawiono je na długości prawie 30 metrów. Jeden za drugim na łuku osiedlowej drogi, nieopodal Biedronki. Ich techniczna nazwa u-12b wskazuje, że mamy do czynienia z wytworem standaryzowanym, a zatem do bólu nudnym. A jednak, przez pewien czas te kilkanaście słupków zelektryzowało dąbrowskich internautów. Rzecz rozgrywała się na fejsbuku
i pewnie przypominałaby jedną z tych dyskusji polegających na wygłaszaniu przez kolejnych uczestników kategorycznych, nieznoszących sprzeciwu sądów (fejsbukowy standard). Stało się jednak inaczej… No więc na zdjęciu widać słupki odgradzające chodnik. Skrót perspektywiczny powoduje, że wydaje się, jakby stały tuż obok siebie, tworząc bezkresny słupkowaty ciąg (w rzeczywistości stoją w odległości 1,6 metra od siebie, dlaczego akurat tyle – wyjaśni się później). Nad zdjęciem ironiczny podpis: „Takie coś na Kasprzaka, mogli więcej słupków postawić, bo to zdecydowanie za mało”. Ot, kogoś słupki wkurzyły, wydało mu się słupków za dużo, zrobił zdjęcie, skomentował i opublikował na popularnej grupie. Domyślamy się też, że autor, pisząc o tych, co to „mogli więcej słupków postawić”, miał na myśli, rzecz jasna bezmyślnych urzędników. Wtórują mu podobnie myślący, pisząc m.in. „bogata gmina to i wydawać na idiotyzmy można...”. 

O co tu chodzi?
Dość szybko okazało się jednak, że słupki na Kasprzaka nie pojawiły się na skutek, niepodlegającej dyskusji, pasji urzędników do robienia rzeczy głupich lub potrzebnych tylko tym, którzy – w tym przypadku słupki – produkują i montują. Z kolejnych wpisów dowiedzieliśmy się, że słupki są częścią projektu zgłoszonego i opracowanego przez mieszkańców osiedla w ramach Dąbrowskiego Budżetu Partycypacyjnego. W skrócie – chodziło o to, żeby uniemożliwić samochodom łamanie przepisów i zastawianie chodnika, co powodowało, że piesi, chcąc przejść, np. do wspomnianej Biedronki, musieli korzystać z jezdni (by zrobić to skutecznie – słupki postawiono na tyle blisko, by żaden smart ani inny fiat 500 się nie wśliznął). A zatem – uwaga – zabrano samochodom prawie 30 metrów nęcącej, bo nielegalnej, łukowatej przestrzeni do parkowania. Czyn ten nie mógł zostać pominięty milczeniem. Ostrożni twierdzili, że „chodniki piękne – problem w tym, że mało kto nimi chodzi...” albo dowodzili, że miejsca dla pieszych, z powodu słupków, i tak jest za mało, by np. niepełnosprawny na wózku minął się z kobietą z wózkiem, więc lepiej było to zostawić jak było – samochodom. Inni zauważali, że „zawsze tam parkowały auta mieszkańców wieżowca 3 i 5 i jakoś przez tyle czasu nikt się nie bulwersował”. Hojni, gotowi płacić wysokie podatki na rzecz zwiększenia kadry w policji i straży miejskiej, domagali się patroli, które przez 24 godziny na dobę zajmowałyby się wystawianiem mandatów i odholowywaniem nieprawidłowo zaparkowanych samochodów. Najwięcej było jednak zwolenników prostych rozwiązań. Ci pisali, że „skoro auta tam parkowały, to znaczy, że nie miały miejsca na parkingu”. „Nie lepiej zainwestować w parking i każdy byłby zadowolony? ” albo „co się ludziom dziwić, jak nie ma parkingów... same zakazy będą” – konstatowali. Natychmiast też pojawił się postulat budowy parkingów piętrowych. Kto miałby je wybudować? Oczywiście ci sami urzędnicy, którzy stawiają słupki zamiast budować parkingi. Kosztem czego miałyby stanąć te parkingi? Rzecz jasna kosztem zieleni, na której przecież i tak, co prawda nielegalnie, ale jednak, parkują samochody. A teraz czas na cytat najszczerszy: „Nie mieszkam tam, ale takie rozwiązanie uważam za bezcelowe, bo prawdziwego problemu to nie rozwiązuje”.

Idź za pieszym
A co, jeśli „prawdziwym problemem” nie jest brak wystarczającej ilości miejsc parkingowych w bliskim sąsiedztwie naszych mieszkań? Co, jeśli przestrzeni jest na tyle mało, że prawdziwym problemem jest brak bezpiecznych chodników, miejsc, w których mogą spokojnie odpoczywać ludzie starsi, gdzie mieszkańcy mogą się spotkać, porozmawiać, gdzie bezpiecznie mogą się bawić nasze dzieci? Idź za pieszym! – postuluje Janette Sadik-Khan w książce „Walka o ulice”, wyjaśniając – „kluczem do ożywienia całych ulic i miast, które te ulice tworzą, jest uznanie chodników za wartościową przestrzeń”.* Nie tylko chodników – ale też placów, skwerów, trawników. I każdego drzewa, które rośnie pod naszymi oknami. Mieszkańcy osiedla Kasprzaka, którzy podjęli decyzję, że zabiorą samochodom trzydzieści metrów nielegalnego parkowania i oddadzą tę przestrzeń pieszym, już to wiedzą. Wiedzą też, jak ważny jest kompromis, bo nieopodal słupków zaproponowali utworzenie dziesięciu nowych miejsc parkingowych. Ostatecznie, jak czytamy w wyjaśnieniu jednej z uczestniczek konsultacji, „nie tylko chodzi o bilans miejsc parkingowych. Chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo pieszych i estetykę osiedla. Teraz piesi mają porządny chodnik, a kierowcy porządne i legalne miejsca parkingowe”. Skoro tak, powtórzę za autorem posta, ale już bez ironii – „Takie coś na Kasprzaka, mogli więcej słupków postawić, bo to zdecydowanie za mało”.

* Janette Sadik-Khan i Seth Solomonov, Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi, Kraków 2017, str. 111.

środa, 28 listopada 2018

Coś wisi w powietrzu


Udało się! Na Marsie wylądowało urządzenie stworzone przez Polaków! – krzyczał tytuł na jednym z portali internetowych. Po nowym roku ma się wwiercić w skorupę Czerwonej Planety na głębokość 5 metrów – przeczytałem dalej. Jest dobrze – pomyślałem, dumnie oczy ku niebu zwracając. Polskie chmury przewiał polski wiatr i polskie nade mną migotały gwiazdy. Nie było smogu, spalin, nie dymiły elektrownie. Tego wieczoru piękne i czyste było polskie niebo.

Trwaj chwilo, jesteś piękna! – pomyślałem. I dalejże Dynamiczną Mapę Jakości Powietrza zacząłem przeglądać. Bo jak z bajki, jasnozielona, o konturach Dąbrowy Górniczej była ta mapa. I wtedy właśnie, niczym marsjański (pardon – polski) Kret, zaczęła mi się w głowę wkręcać myśl, że to tylko krótka chwila przed burzą. I przypomniał mi się niedawno czytany artykuł. Czar prysnął.

We wspomnianym artykule profesor dr hab. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, dyrektor Instytutu Geofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, dowodzi, że ludzkość uruchomiła procesy, które doprowadzą do tego, że nasza planeta przestanie się nadawać do życia. Zdaniem profesora, ziemska cywilizacja zginie ok. roku 2050, a więc w następnym pokoleniu.* Karabin w nasze serce został już wycelowany, palec naciska spust. Tym karabinem jest koncentracja gazów cieplarnianych w atmosferze. Jeśli jej nie zatrzymamy, uruchomimy mechanizmy, nad którymi ludzkość nie będzie już w stanie zapanować. Do atmosfery zaczną się uwalniać ogromne ilości gazów cieplarnianych z materii organicznej zdeponowanej w morzach i na powierzchni naszej planety. Nastąpi wówczas proces podobny do tzw. paleoceńsko-eoceńskiego maksimum termicznego. Temperatura gwałtownie wzrośnie, oceany zaleją lądy, wyginie większość żyjących obecnie stworzeń. Podobno, by tak się stało, wystarczy podniesienie średniej temperatury na Ziemi jeszcze o jeden stopień Celsjusza.

Ratunkiem jest zaprzestanie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, czyli spalanie paliw kopalnych. Brzmi prosto – prawda? Tyle tylko, że nasze życie oparte jest na dokładnie odwrotnym założeniu. Lubimy, po prostu lubimy... kupować więcej jedzenia niż potrzebujemy, palić w kominkach, klimatyzację i wentylację na full. Ale najbardziej lubimy rozpędzać tony żelastwa do określonej prędkości (nawet po to, by pokonać odcinek, który można przejść), po drodze zamieniając przy tym na ciepło większą część energii pochodzącej ze spalania. Najbardziej lubimy motoryzację.

Tymczasem – jak przekonuje Peter Walker – jeśli świat da się jeszcze uratować, najlepiej do tego celu użyć rowerów, które są najzdrowszym i najbardziej ekonomicznym środkiem transportu miejskiego „Gdyby globalny udział rowerów w podróżach w miastach wzrósł niewiele, z około 6 procent obecnie do 11 procent w 2030 r. i 14 procent w 2050 r., ta zmiana ograniczyłaby całkowitą emisję CO2 o 7 procent w 2030 r. oraz 11 procent w 2050 r.” – przekonuje autor książki pod wiele mówiącym tytułem „Jak rowery mogą uratować świat”.**

Tak czy inaczej, w wyobrażalnej perspektywie czekają nas zmiany, na które lepiej przygotowywać się już teraz. Z dwu możliwości wybieram tę drugą – że przed nami kolejna rewolucja, która podważy dziesięciolecia niekwestionowanej dominacji samochodów, spalania ropy naftowej i węgla.

Całkowity zakaz używania prywatnych samochodów w centrum ogłoszono niedawno w Oslo. Jeszcze dalej poszły władze Helsinek, ogłaszając, że posiadanie samochodu w tym mieście stanie się po prostu bezsensowne. Zaplanowano system „mobilności na żądanie”, który ma obejmować rowery miejskie, autonomiczne samochody, autobusy, tramwaje i inne środki transportu publicznego. Wszystkie dostępne za pomocą jednej aplikacji.

A więc to już się dzieje. Na razie lata świetlne od Polski. Ale skoro nasz Kret potrafi wwiercić się w Marsa, to może i rowerem będzie się kiedyś dało bezpiecznie przejechać z Gołonoga na Mydlice. Czego sobie, Państwu i całej naszej planecie z całego serca życzę.

* Zob. 35 stopni w cieniu. Na razie jest super, nie?, Wyborcza Na Drugą Setkę, Warszawa 2018, str. 16-18
** Peter Walker, Jak rowery mogą uratować świat, Kraków 2018, str. 118.

poniedziałek, 1 października 2018

Drzewo aktywności

Za nami kolejne święto dąbrowskich organizacji pozarządowych – Festiwal Ludzi Aktywnych w Fabryce Pełnej Życia. Kogóż tam nie było! Kucharze i pszczelarze, muzycy i społecznicy, seniorzy i instruktorzy, panie z kół gospodyń wiejskich i panowie z klubów miejskich, turyści, cykliści, artyści... Przyznam, że obserwowałem to wielobarwne zgromadzenie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony – jestem pełen uznania, ba – podziwu, dla społecznego zaangażowania części dąbrowian, dla ich umiejętności, profesjonalizmu, z drugiej – mam pełną świadomość, że stanowią ledwie garstkę lokalnej społeczności. Jeszcze bardziej blado rzecz wygląda, jeśli porównać dzisiejszą aktywność mieszkańców z tą, jaką przejawiali obywatele Dąbrowy Górniczej w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, gdy przynależność do organizacji politycznych, społecznych, kół samokształceniowych, gimnastycznych czy turystycznych była naturalna jak złoża z takim mozołem dobywane w dąbrowskich kopalniach. Karty monografii, wydanej z okazji setnej rocznicy nadania praw miejskich Dąbrowie Górniczej, pełne są ich nazw i opisów działalności. Temat rzeka i koniecznie trzeba do niego wrócić. Mam nadzieję, że okazji nie braknie. A teraz, jak niektórzy mawiają – do brzegu!

Zawsze grupa ludzi, którym się nie chce lub nie mogą się aktywnie angażować w życie miasta, w proces jego ulepszania, stanowić będzie zdecydowaną większość. Oni oczywiście liczą na zmiany i cieszą się (poza specyficznymi wyjątkami), jak przestrzeń ich życia się  poprawia. Oczekują jednak, że stanie się to bez ich udziału, wysiłku, pomysłów. Dlatego rolą urzędników jest wychodzenie z inicjatywą, stawianie pierwszych kroków czy też zaskakiwanie rozwiązaniami, o których nikt wcześniej nie myślał poważnie.

Mnie ostatnio zachwycił Park Krakowian. Otóż, każdy krakowianin, któremu urodzi się dziecko, może upamiętnić tę chwilę posadzeniem drzewa. Wystarczy tylko w odpowiednim momencie kliknąć rezerwację, wyrażając chęć wzięcia udziału w projekcie. Od tego momentu do akcji wkraczają urzędnicy. Wybierają odpowiednie lokalizacje, przygotowują miejsce sadzenia, kupują drzewa, projektują i przygotowują tabliczki pamiątkowe, a na koniec – pomagają w sadzeniu drzew. W efekcie powstają zalążki wyjątkowych parków, które cieszą nie tylko szczęśliwych rodziców, dziadków czy całe rodziny biorące udział w sadzeniu drzew, ale wszystkich mieszkańców. Warto dodać, że krakowski projekt realizowany jest na działkach wcześniej zaniedbanych, które przekształcane są w miejsca szczególne. Takie, z którymi sentymentalna wieź pozostaje na całe lata.*

W ten sposób urzędnik odrywa się od biurka, stając się współuczestnikiem bodaj najważniejszego wydarzenia w historii lokalnej społeczności – narodzin jej nowego uczestnika. Przede wszystkim jednak tworzy się społeczny kapitał – dziś przez większość badaczy zgodnie określany jako najważniejszy czynnik determinujący rozwój miast. Bo tylko miasta, których mieszkańcy są aktywni, kreatywni i zaangażowani, mogą się rozwijać i przyciągać utalentowanych ludzi. Wniosek z tego taki, że mamy solidną lekcję do odrobienia. Wszyscy, bez wyjątku: wszechwiedzący urzędnicy, multieksperci z profili społecznościowych gotowi na krytykę wszystkich i każdego w dowolnej porze dnia i nocy. I Ty, którego to wszystko po prostu „nie obchodzi”...

* Zob. Piotr Kempf. Zielony wymiar miejskiego szczęścia. W: Miasto na plus. Eseje o polskich przestrzeniach miejskich, Kraków 2017, s. 97.

piątek, 31 sierpnia 2018

Północ-południe-zachód-wschód

Z góry stawiam tezę: usuwanie komunistycznych symboli z przestrzeni publicznej nie przesądza o dekomunizacji. To raczej droga na skróty. I od razu zapraszam w podróż po drogach, moim zdaniem, lepiej przygotowanych do zerwania z balastem przeszłości.

Północne Niemcy, sierpień. Jedziemy. Po drodze mijają nas konne zaprzęgi i inni rowerzyści. Droga gruntowa, wcześniej była z kostki, jeszcze wcześniej kamienista. Ale tu jest środek osady, więc dlaczego droga gruntowa? Bo to Hiddensee, niemiecka wyspa na Bałtyku: niewiele ponad tysiąc stu mieszkańców, prawie 17 kilometrów długości, od 250 metrów do 4 kilometrów szerokości – całkowicie wyłączona z ruchu samochodów. Wyobrażacie sobie: nie ma asfaltowych dróg, przy domach nie stoją garaże, nie ma stacji paliw i warsztatów! Jest zielono, jest morze, jest pięknie: dookoła białe domy, przeważnie kryte strzechą, brak reklam, knajpki kuszą piwem i świeżymi rybami, ludzie ciągną z plaży albo na plażę, do sklepu albo zwiedzać jedną ze stojących tu urokliwych latarni morskich. Całość do złudzenia przypomina kurorty Danii czy Szwecji i w życiu bym nie powiedział, że prawie trzydzieści lat temu Hiddensee była częścią tej siermiężnej NRD.

Południe Niemiec, Stary Rynek w Dreźnie (historycznie najstarsza część saksońskiej stolicy, ale z odległą przeszłością nie ma nic wspólnego), a przy nim, a jakże, Pałac Kultury. Modernistyczne pudełko z 1969 roku po upadku muru zostało pozostawione w samym środku barokowego miasta. Nie tylko pozostawione – wyremontowane, wraz z wielką propagandową mozaiką. To „Droga czerwonej flagi”, na której enerdowska żniwiarka wymachuje sierpem, a czerwona gwiazda świeci nad sojuszem robotniczo-chłopskim. Wszystko to dokładnie naprzeciw, równie pieczołowicie wyremontowanego, drezdeńskiego zamku. W nieodległym saksońskim Chemnitz (za czasów NRD, Karl-Marx-Stad) nie sposób nie natknąć się na wielką głowę Karola Marksa. Dzieło rosyjskiego rzeźbiarza Lwa Kerbela mierzy 71 metrów i stoi tu nieprzerwanie od 1971 roku. Na ścianie bloku stojącego za pomnikiem widać napisy „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” w czterech językach: niemieckim, rosyjskim, francuskim i angielskim. Ale i tutaj, podobnie jak na Hiddensee, można mieć wątpliwości, czy to aby na pewno pozostałości po najlepiej zorganizowanym „demoludzie” w historii? Czy nie mamy do czynienia z dekoracjami do jakiegoś historycznego filmu, ustawionymi w centrach przyjemnych miast, z mnóstwem terenów przeznaczonych wyłącznie dla pieszych, wygodnych dróg dla rowerów, uporządkowanych bulwarów i zadbanych parków?

Tego lata we wschodnich Niemczech kilkakrotnie miałem okazję zwiedzić muzea poświęcone nieboszczce NRD. W niewielkim Redebeul, gdzie mieszkał i  tworzył Karol May, twórca powieści o  dzielnym Winnetou (i  też ma tu swoje muzeum), na czterech poziomach prezentowane jest życie we wschodnich landach od zakończenia II wojny światowej. Zwiedzanie zaczynamy od poznania „aparatu państwowego NRD” z  komunistyczną policją i  strażą graniczną na czele, niżej zaglądamy na enerdowski kamping, do pralni, a  także mieszkań, gdzie królują meblościanki, a  z  telewizorów przemawiają partyjni towarzysze. Możemy nawet wejść do zakładowej szatni, w której porozwieszano kalendarze z „gołymi babami”. A na poziomie najniższym – motoryzacja – królują trabanty, wartburgi, łady i zaporożce. Dla mnie była to podróż od grozy do politowania. Z jednej strony opresyjny aparat, powtarzane z  przekonaniem przez Honneckera i jego popleczników zaklęcia o najlepszym ustroju pod słońcem, z drugiej – dziadostwo, jakie fundowali mieszkańcom wschodnich Niemiec.

Niemcy mają dziś sporo problemów (kto ich nie ma?). Ale nie mają problemu z  pozostałościami komunistycznej przeszłości w przestrzeni publicznej. Między innymi dlatego, że na nowo zorganizowali swoje miasta i sposób, w jaki z nich korzystają. W tej przyjaznej dla pieszych, zielonej przestrzeni, pamiątki z czasów NRD jawią się jako turystyczna atrakcja, ciekawostka. Albo jako część historii, o której trzeba pamiętać, by się nie powtórzyła.

Przecież komunizm nie był groźny dlatego, że budował pomniki. Komunizm był groźny, ponieważ pozbawił ludzi podmiotowości, dążąc do tego, by z obywateli stali się użytecznymi trybami w machinie zmierzającej ku świetlanej przyszłości. By tego dokonać konieczne było rozbicie wspólnoty. Jak wiemy z historii, to się nie udało i komunizm w Europie Środkowej upadł z wielkim hukiem. Ale miasta zaprojektowane i zbudowane tak, żeby podporządkować ludzi np. wielkim socjalistycznym budowlom – zostały. Jedno z nich nazywa się Dąbrowa Górnicza. Metalowi sowieccy żołnierze niedawno z niej odjechali. Trudniej pozbyć się dziadostwa: w naszych parkach, na naszych ulicach, placach i osiedlach. Czas na realną, a nie wyłącznie symboliczną – dekomunizację.

czwartek, 28 czerwca 2018

Wyliczanka dąbrowska.



Moglibyśmy zacząć w roku 1787, kiedy osada Dąbrowa, według spisu ludności diecezji krakowskiej, liczyła 184 mieszkańców. Tylko, że to było dawno. Kraków też nie od razu zbudowano, też kiedyś liczył (musiało tak być) 184 mieszkańców. Niewiele o nich wiemy, jeśli wiemy cokolwiek, i nic ci pierwsi dąbrowianie i pierwsi krakowiacy nie mówią nam o Dąbrowie i Krakowie. A precyzyjnie – nic nie mówią nam o współczesnej Dąbrowie i dzisiejszym Krakowie.

Dlatego cofniemy się do połowy XX wieku. Jest rok 1950, Dąbrowa Górnicza ma 32 tysiące mieszkańców. Co ciekawe, to wówczas powstaje wyjątkowo ambitny plan dla dąbrowskiego śródmieścia, z ratuszem, gmachem partii (takie czasy), pałacem i blokami mieszkalnymi okalającymi wielki plac centralny z odpowiednio zakomponowaną zielenią. Z tych zamierzeń został pałac, na początku dla niepoznaki nazwany domem kultury i kawałek placu. A miasto dalej rosło. 15 kwietnia 1972 roku, gdy rozpoczęto budowę Huty Katowice, liczyło już ponad dwa razy więcej – 65 tysięcy mieszkańców. Dla huty było to jednak zdecydowanie za mało, huta potrzebowała więcej ludzi. I potrzebowała ich szybko. Dlatego wymyślono, że miasto, które wyrośnie obok, będzie jej całkowicie podporządkowane. Symbolem tego myślenia jest główna oś komunikacyjna z linią tramwajową prowadzącą prosto pod bramę kombinatu. Otwarto ją 4 lutego 1977 roku. Tego dnia Dąbrowa zostało „przecięta” torami i dwupasmowymi jezdniami. To dobrze… dla huty. W roku 1980 pracowało w niej około 50 tysięcy ludzi, czyli mniej więcej tyle, ilu mieszkańców (wliczając w to niemowlęta i najstarszych górali) Dąbrowa Górnicza miała jeszcze 20 lat wcześniej. Ale jesteśmy w roku 80. Miasto ma już 141 tysięcy mieszkańców, by za dwa lata, w roku 1982 dobrnąć do rekordowej liczby, ponad 152 tysięcy. Przy okazji huta, bo, jak już wspomniałem ona tu decyduje, wchłania sąsiednie wsie i miasteczka, jednak to nie ich potencjał przesądza o wzroście Dąbrowy. Więc co? Skoro dotarliśmy na demograficzny szczyt, przystańmy na chwilę. Popatrzmy. Przez 10 lat u stóp wzgórza, na które wspinał się legendarny gołonogi pustelnik, zamieszkało jakieś 80 tysięcy nowych dąbrowian – ponad dwa razy więcej niż było ich dekadę wcześniej, a dekadę wcześniej, jak pamiętamy, było ich dwa razy więcej niż dwie dekady wcześniej. Tyle że od teraz już mamy z górki. W roku 2010 doliczono się w Dąbrowie 128 tysięcy mieszkańców, obecnie jest ok. 120 tysięcy. W hucie i na jej potrzeby pracuje, wg najnowszych danych, mniej więcej 4 tysiące ludzi. I tylko samochodów przybywa. W roku 2010 było ich 65 tysięcy, dziś jest już 85 tysięcy*. To ok. 30 procent więcej niż osiem lat temu.

A miasto? Wygląda niemal dokładnie tak samo, jak w roku 1978, gdy z pokładu Sojuza 30 obserwował je „Pierwszy Polak w Kosmosie”, Mirosław Hermaszewski. Oczywiście, powstały nowe budynki, osiedla, kilka hipermarketów, a nawet czwarte jezioro. To jednak za mało, by móc powiedzieć, że Dąbrowa się zmieniła. Wielka budowa z lat 70. nie miała precedensu w kolejnych latach dąbrowskiej historii. Powiedzmy wprost – wtedy zbudowano to miasto. Dziś chcemy je poprawić.

Dostrzegamy brak centrum, problemy z arteriami komunikacyjnymi, które przestały służyć dowożeniu dziesiątek tysięcy ludzi do  pracy w tym samym miejscu, brak ciągłości zabudowy śródmiejskiej, lichą estetykę ulic i osiedli, niedostatek bliskich mieszkańcom atrakcyjnych terenów zielonych, brak śródmiejskich dróg rowerowych. Zauważamy brak więzi społecznych, antagonizmy dzielnicowe i pokoleniowe, odpływ młodych i poczucie, że najlepsze w dziejach Dąbrowy już było. Że miasto jest w pewnym sensie „post”. A huta? Z czasem, zakład wokół którego urosła Dąbrowa Górnicza, a przede wszystkim wokół którego splotły się losy tak wielu dąbrowian przestał być „nasz”. Ważny punkt odniesienia, dąbrowskiej tożsamości oraz przedmiot dumy mieszkańców wypadł ze zbioru wspólnych wartości.

I dlatego nie mamy wyjścia. Pisałem o tym już wielokrotnie, powtórzę jeszcze raz - albo wykonamy ten wysiłek, razem wymyślimy Dąbrowę na nowo, albo… Policzmy się! Wystarczy nas jeszcze?

* na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego.




środa, 23 maja 2018

Szklanka do połowy pełna



Ebenezer Howard (1850-1928), choć nie był architektem ani urbanistą tylko urzędnikiem, jak mało kto wpłynął na kształt współczesnych miast. Za własne pieniądze w roku 1898 wydał książkę „Jutro. Pokojowa droga do prawdziwych reform”. Znana z kolejnych wydań, jako „Miasta – ogrody jutra”, praca Howarda ze szczegółowo opracowaną koncepcją zakładania miast-ogrodów budowanych według określonego planu urbanistycznego, z licznymi parkami i obszarami zieleni wewnątrz, stała się inspiracją dla całych pokoleń architektów. 

Pomysłodawca miasta-ogrodu postulował, że towarzystwem ludzi i pięknem przyrody należy się cieszyć jednocześnie, bo miasto to przede wszystkim symbol życia społecznego – wzajemnej pomocy i przyjaznej współpracy, szeroko pojętych relacji międzyludzkich, a także nauki, sztuki, kultury i religii. W tym czasie dynamicznie rozwijające się angielskie miasta przemysłowe przypomniały raczej piekielne otchłanie niż zielone ogrody i nic nie wskazywało, by ich beznadziejna kondycja miała ulec zmianie. A mimo to Mr. Ebenezer przekonywał: „nie trzeba być zbytnio realistą w planach humanitarnych, trudności jest i tak wiele i zawsze tylko procent dążeń da się urzeczywistnić, dlatego też dążenia powinny być jak najdalej idące, by było z czego tracić, gdyż o znacznych zyskach nigdy mowy być nie może”.* 

Pomyślałem, że zdanie to powinno stać się mottem dla projektu Fabryka Pełna Życia. Zgodnie z zasadą – jeśli masz pod dostatkiem pieniędzy, ludzi i czasu, ale nie wiesz, co z tym wszystkim zrobić – daj sobie spokój, bo efekt i tak będzie opłakany. Ale gdy masz ambitny przemyślany projekt – bierz się do roboty. Jeśli twój plan jest naprawdę dobry, z czasem pieniądze i ludzie też się znajdą. 

Debata o dawnych pofabrycznych halach DEFUM już na starcie okazała się debatą o całym mieście, i to nie tylko w wymiarze przestrzennym. Po tym jak Dąbrowa przestała być „Górniczą” (ostatnia kopalnia już od dawna jest nieczynna), przyszedł czas, by „zamknąć i podsumować” okres po roku 1989 w sensie społeczno-gospodarczym, a w sensie urbanistycznym od lat 70. Czyli czas na podsumowanie 30, a nawet 40 lat, które za nami. A co przed nami? Na razie szansa – na lepiej urządzone i zorganizowane miasto. Chciałbym z niej skorzystać, a dzięki dąbrowskim konsultacjom wiem, że nie tylko ja. Wiem też, że uruchomienie energii, jaka pojawiła się w trakcie konsultacji społecznych dotyczących nowego centrum Dąbrowy Górniczej, wymaga fundamentalnej zmiany podejścia. Niezależnie jak krytyczni jesteśmy wobec dąbrowskiej rzeczywistości, musimy nauczyć się patrzeć na nasze miasto inaczej, dostrzegać raczej szklankę do połowy pełną. Tylko taki sposób widzenia pozwoli nam wykrzesać energię, która uruchomi pozytywne zmiany.

*Zob. Ebenezer Howard, Miasta – ogrody jutra, Gdańsk 2015, s. 11.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Podróż do źródła, czyli niedziela w mieście J.



Siedzieliśmy na trójkątnym pochyłym placu, ubrani w obcisłe, bo po rowerach. Popijaliśmy zmrożoną lemoniadę, patrzyliśmy, a może nawet - podziwialiśmy. Dookoła dzieci pluskały się w fontannach, na wypełnionych po brzegi ławkach debatowali seniorzy, matki truchlały, a ojcowie interweniowali niespiesznie, odganiając ciekawskie potomstwo od wody. Słowem… nic się nie działo. I wtedy usłyszałem: „Właściwie to mogłabym tu mieszkać. Wszędzie blisko, dookoła zielono, komunikacja - dobra, trasy rowerowe – jak nigdzie w okolicy, centrum handlowe - jak wszędzie, a ze znajomymi spotykasz się na rynku. Czego chcieć więcej!”


I dotarło do mnie, że ostatni raz w Jaworznie, bo o nim mowa, byłem osiem lat wcześniej. Nie tylko byłem, pracowałem tutaj - nad programem, który miał pomóc w doprowadzeniu Jaworzna do zaplanowanej przyszłości. A teraz – cóż za uczucie – tę przyszłość przeżywałem.

Po powrocie do domu zajrzałem do opracowań sprzed lat. Już w roku 2011 mieszkańcy i władze Jaworzna wiedzieli, jak ich miasto powinno wyglądać. Kiedy jaworznicki rynek w najlepsze rozjeżdżały i parkowały na nim samochody, konsultowali projekt „Rynek od nowa”, wyrażali aprobatę dla budowy obwodnicy i, trzeba przyznać ostrożnie, akceptowali tworzenie przestrzeni dla rowerów. Na podstawie tych oczekiwań i gotowych już planów określiliśmy Jaworzno jako „źródło energii” dla: natury, biznesu i kultury. Wokół tak scharakteryzowanych głównych aktywności stworzyliśmy katalog najważniejszych atrybutów i projektów miejskich, które z czasem miały doprowadzić do zmiany wizerunku i umocnienia potencjału Jaworzna. Dla wszystkich było jasne, że kształtowanie miasta jest procesem wieloetapowym i długotrwałym, w którym warunkiem powodzenia kolejnych etapów jest pomyślna realizacja etapów wcześniejszych, a działania wizerunkowe muszą być powiązane z obiektywnymi walorami. Bo nawet najbardziej spektakularne kampanie medialne czy akcje promocyjne mają szansę powodzenia tyko pod warunkiem, że znajdują autentyczne pokrycie w obiektywnych zmianach.
Jaworznicki rynek, całkowicie wolny od samochodów, uznawany jest obecnie za jedną z wzorcowych polskich realizacji dot. przestrzeni publicznych. Drogi rowerowe prowadzące do najważniejszych przyrodniczych i krajobrazowych atrakcji Jaworzna rzeczywiście miejscami przyprawiają o zachwyt (tu zaznaczam, że nie jechałem słynną jaworznicką velostradą, czyli bezkolizyjną trasą rowerową z dwoma pasami ruchu w każdym kierunku), a i same atrakcje, jak park Gródek na Pieczyskach czy Geopark w dawnym kamieniołomie Sodowa Góra, choć do ideału, jak i końca rewitalizacji, jeszcze im daleko – przyciągają mieszkańców, i mnie też się spodobały. Zwłaszcza spacer po krętych pomostach na poziomie turkusowej tafli wody jednego ze zlewisk po dawnym kamieniołomie. Podobnie jak Dąbrowa Górnicza, Jaworzno jest miastem złożonym z wielu dzielnic. Wspominam o tym ze względu na projekt „Miasto siedmiu rynków”, polegający na tworzeniu przestrzeni publicznych będących miejscami spotkań i integrujących lokalną społeczność. Dla porządku dodam jeszcze, że Jaworzno ma bodaj najlepszą komunikację autobusową w regionie. I na koniec, że osiem lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że mógłbym tu zamieszkać. Choć w zasadzie już wtedy wszystko było wiadome i można się było zorientować, że pomysł na Jaworzno jest na tyle atrakcyjny i spójny, że po prostu musi się udać.

Od lat to samo dzieje się w Dąbrowie Górniczej, gdzie teraz pracuję. Widzę zaangażowanych mieszkańców, rozumiejących i wspierających potrzebę zmian, widzę spójny plan, dzięki któremu w najbliższych latach mają szansę nastąpić zmiany, które odmienią nasze miasto i widzę samorządowców zdeterminowanych, by te przemiany zrealizować. Z problemami, bo tych nie mają tylko jajcarze zajmujący się wydawaniem agitacyjnych gazetek, ale też z pełnym przekonaniem, że jest się o co starać. I wiecie co – zakończę jak młodzi ludzie, z którymi lada dzień spotkamy się na majówkowej scenie Fabryki Pełnej Życia – totalnie mnie to jara.


Flagi promocyjne „Jaworzno – źródło energii” na jaworznickim rynku. Osiem lat temu były obietnicą przemian, dziś je ilustrują.